niedziela, 18 września 2011

nie-dziel(n)a.


nie zasypiaj, hej. albo zaśnij, zaśnij, zamknij oczy, śnij, śnij. zanurz się, potem wynurz, obudź się. potem spójrz, spójrz, jaki piękny jest ten świat. potem chodź, chodź i podziwiaj, i podziwiaj słońca wschód, niebo w pomarańczach. i wyszepczę Ci, i wyszepczę, że to Ty, Ciebie chcę.

mój mózg, where is my mind.
leniwa niedzielna niedziela. niedziela to dzień, którego głównie się nie pamięta. leniwa niedziela na zebranie sił... do stania w przepełnionych autobusach, do uśmiechów, wysyłanych ukradkiem na drugi koniec sali, w której aktualnie macie język polski. po to są niedziele. polegają na odpoczynku, rozważeniu kilku spraw. napiszę dziś na kolorowej kartce listę postanowień.

a w słuchawkach pomiędzy brodką i kumką olik - the xx. muzyka do kochania, się kochania.


hello, hello, remember me? 

sobota, 17 września 2011


jazda autobusem chyba negatywnie na mnie wpływa. zwłaszcza codzienna. za dużo czasu na rozmyślania. dzisiaj na przykład, mój kochany móżdżek rozprawiał sobie z ochotą, co by to było, gdybym została lesbijką. ba, wręcz zaczynałam wyobrażać sobie, co i jak, a wszystko pewnie przez ten cytat. trochę to śmieszne, jakbym była jakimś poszukiwaczem odpowiedniej dawki miłości, kto mi ją da. niby nigdy nie czułam pociągu do dziewczyn, ale przez joaśkę, która nawiedza mnie w snach z jagną i łucją - coraz bardziej. (joaśka, jagna i łucja to trzy podstawowe postaci mojej nowej powieści, której fabuła powstała na bardzo nudnym środowym polskim, nie żebym była jakaś niespełnarozumu).
dni spływają po mnie jak woda pod prysznicem. szybko. magicznie.
ale przede wszystkim, dziś podjęłam decyzję. jedną z wielu, wielu, które jeszcze podejmę, ale na dzień dzisiejszy to dla mnie bardzo wielki i ważny krok. przede wszystkim, zacznę wcześniej wstawać i chodzić spać - na dobry początek. i wychodzić na wschód słońca.

i znowu mam ten natłok marzeń, znowu o podobnym wydźwięku, znowu, których tutaj jest z miliard. to źle na mnie działa. doprawdy, muszę zaprzestać.

naszkicuje mi ktoś sida? 

niedziela, 11 września 2011

prz.









jesteśmy tak zajebiście słitu.
palimy papierosy, zaciągając się dymem w kształcie waty cukrowej. uśmiechamy się, tańczymy i skaczemy. rozmawiamy o bzdurach, poprawiając sobie humor. robimy na złość ludziom, których kiedyś nazywaliśmy swoimi przyjaciółmi...
siadamy na ławce.

a wiesz, co chcę?
chcę pocałunków w deszczu bez przejmowania się o zmoknięcie. chcę słodkich zdań, dotyku z przyjemnymi ciarkami. chcę być dzieckiem, dla Ciebie dzieckiem, nieodpowiedzialną dziewczynką. żebyś łapał mnie, gdy będę upadać, specjalnie, na złość. żebyś budził mnie "dzieńdobry". i całował po nosie...

chcę po prostu mieć Cię blisko.

sobota, 10 września 2011

trz.

to był dobry dzień. opleciony sokiem z ziarenek czosnku. ozdobiony kwiatem kwitnącej śliwki. to był jeden z tych dni, kiedy chce się umierać, kiedy można pisać o tym książki.
to był dzień, w którym zostałam komendantką i prezydentem. a Ty rolnikiem i posiadaczem kozy z rogiem na czole. to był dzień przesiąknięty śmiechem i ogólnym dowcipem. to był dzień, w którym chciało się coś stworzyć...
nieważne co.
świetnie się bawimy.

poniedziałek, 5 września 2011

ab o ro la bis.

wcale nie ma o Tobie w każdym poście.
a nawet jeśli, to Ci się to chwali.
znowu zajmujesz jakieś miejsce w moim życiu.

wtorek, 30 sierpnia 2011

krz.


' i obiecaj mi, że pewnego dnia będziemy wracać do jednego domu, 
zasypiać i budzić się w jednym łóżku, jeść śniadanie w jednej kuchni, parzyć sobie nawzajem kawę po nieprzespanej nocy, dawać sobie całusa przed wyjściem do pracy, na uczelnie, czy gdzieś, a potem wracać, znowu, do siebie i nie będzie niekończących się w samotności niby-sekund.

yż.




jestem wyjątkowo leniwym stworzeniem. stwierdzam to wszech i wobec, gdyż moje obecne ambicje są naprawdę wyszukane, a chęci do zorganizowania się i wykonania chociażby połowy z nich są równe prawie zeru. jedyne, co dzisiaj od rana zrobiłam, to zjadłam i wyniosłam talerze z pokoju. oczywiście te, które zostały po jedzeniu wczorajszym, wieczornym.
muszę stwierdzić również, że dzisiejszy dzień, mimo jakichś negatywnych zapowiedzi upływa mi całkiem-całkiem. słucham piosenek, które wywołują moją "zgodność z samym sobą, harmonię wewnętrznych demonów". przeglądam sobie zdjęcia, dłubię w moim uchu, gdyż znowu, w okolicach sztangetty zaczęło mi ropieć. nie czuję się z tym jakoś komfortowo. jest naprawdę ok.
w miarę ok.


chcemy cudów. chcemy kochać.


podobał mi się wczorajszy dzień.
szczególnie moje ostatnie pół godziny w Lublinie. kiedy siedliśmy na tej lwowskiej i niczym żulerstwo, piliśmy z termosu kawę z mlekiem.
tak mogłabym żyć...
magicznie.


chcę bardzo Ciebie.

niedziela, 28 sierpnia 2011

skoro po śmierci nic nie ma,
to spróbujmy pobawić się tym życiem.

czwartek, 25 sierpnia 2011

oz.

po raz tryliardowy biorę się za sprzątanie. po raz tryliardowy wstaję i wciąż wracam na fotel... no ok, tym razem przekręciłam laptopa i siadłam na biurku. mam ochotę na trzecią już dzisiaj kawę i mam ochotę na porządek. taki idealny.
mniejsza o to.
wspomnienia zasypują mnie niczym lawina w górach. autentycznie. natłok obrazów, krótkich filmików pozbawionych kolorów, jakichś ponagrywanych w moim mózgu zdań. nie potrafię się od nich odciąć, męczą mi myśli. zadają pytania, podchwytując "a może jednak" utkane z bezsensowności całej tej sytuacji.
siedzę i modlę się, żeby przestać. ile tak można?
i żeby na to wszystko miał wpływ jakiś jeden sen?...


dzisiejszy dzień spłyną mi na graniu w tekkena, sprzątaniu, robieniu sobie dobrego jedzenia, co-chwilowego lataniu do kuchni po kolejne kubki z kawą. spotkałam się z Olą, obejrzałam to i owo. posłuchałam tego i owego. pisałam z tymi i tamtymi.
nie jest dobrze.
oby jutro było lepiej.
jutro jest wolne od błędów!
jutro też wstanie słońce!

środa, 24 sierpnia 2011

d z i ś.

zmieniłam się.
tak, jak podejrzewałam.
wypiłam kawę, wrzuciłam pranie. słucham tej samej muzyki.
siedzę w tym samym fotelu.
szeeeeeeeeeeroko się uśmiecham.
jest mi dobrze. to przede wszystkim.
męczy mnie jedna sprawa, ale wiem, że niepotrzebnie.
wszystko układa się dosyć po mojej myśli.
mam mnóstwo pomysłów.


dziękuję.
_______
PS. Eryku, wiesz, że to, co wczoraj powiedziałeś, i choć wiem, że to totalna bzdura, do teraz brzmi mi w uszach?... :).

piątek, 29 lipca 2011

eż.

kochasz go. być może dlatego tak bardzo, bardzo nienawidzisz siebie?

proszę Cię, nie rozklejaj się tutaj, nie w recepcji, nie na tej wyspie.

proszę. uśmiechnij się.

k i e d y ś Ci przejdzie. teraz masz przynajmniej dobry wątek na rozpoczęcie, który już niedługo pojawi się na poczcie wszystkich najważniejszych Ci osób w celu "wyrażenia opinii". wyślesz także jemu? przecież i tak nie przeczyta, usunie. mimo wszystko, chciałabym usłyszeć Twoją opinię. chciałabym nasączyć się wspomnieniami, całym Tobą jak gąbka wodą.

nic takiego się nie wydarzy, prawda?

chyba czas przestać się oszukiwać.

i co godzina wpis w pamiętniku...



zaraz wszystko zniknie.

jutro wracam z wyspy, by pojutrze wsiąść do pociągu...



... i wrócić 22. oby do tego czasu zmieniło mi się trochę podejście do tego wszystkiego.

piątek, 22 lipca 2011

chociaż.

koniec.
namalowany plakatówkami na murze, gdzie zwykle paliliście papierosy.
zaraz pod serduszkiem z Waszymi imionami.
koniec.
wyrazisty krzyk.
wiesz?
myślę o Tobie w ciągu godziny...
jakieś 30 minut.
nie ciesz się,
przez pozostały czas,
rozmyślam, jak o Tobie nie myśleć.

wszystko jest rysowane ołówkiem.
i po chwili ścierane gumką.

sobota, 2 lipca 2011

hej,
chodź,
zakopmy się w swoich warstwach skóry.
zanurzmy we własnych oczach.

środa, 29 czerwca 2011

az.

napuszczam wody do wanny. dolałam do niej płynu, żeby, kiedy już wejdę, cała wanna była w pianie. chcę się odprężyć. chcę pierdolone "welcome home" w słuchawkach, filiżankę kawy z dobrze spienionym mlekiem i tą wolność.
wiesz, co bym chciała jeszcze w mojej wannie? chciałabym, żeby była troszkę większa. i miała lustro na ścianie. i chciałabym Ciebie obok. i paczkę papierosów, których nie umiem palić. i chciałabym, żebyś szeptał.
obiecaj mi, że kiedyś tak będzie. może nie jutro, nie za rok, ale w ogóle. nawet jeśli musiałbyś skłamać.
widzisz, jest mi teraz po prostu bardzo smutno i chciałabym żyć w złudzeniu, że moje życie tak naprawdę nie jest takie okrutne. że właściwie jest piękne. kolorowe. idealne. takie, o jakim zawsze marzyłam.
popijam łyk black label. och, jakże bym chciała, żeby to kiedyś było prawdziwe!...


a kiedy wyjdę z wanny... zacznę pisać. opisywać.
mam dobry plan.

niedziela, 26 czerwca 2011

iz.

jestem zlepkiem z kawy, dużej ilości wody mineralnej, mojej ukochanej koszulki z żabką, Twojej bluzy, setki rzemyków, rozmazanym makijażem, splątanymi włosami i starą, dobrą nirvaną w głośnikach.
do tego jeszcze pinacolada w zamrażalniku, lody mojej mamy, które są istną wisienką na torcie każdego dnia, kiedy wracam i chcę cokolwiek skonsumować. zaraz, kiedy skończę z kawą zajmę się lodami.
każdy dzień mija jakby już nic więcej nie miało się zdarzyć. nadajemy o końcu świata. przecież przyszłość i przeszłość to tylko nasza wyobraźnia. tu i teraz. dlatego tak bardzo kocham momenty z Tobą.
a jeszcze bardziej uwielbiam na Ciebie patrzeć. może to egoizm, przecież oczy mamy takie same. absolutnie wszystko, każda kość (:P), każdy kawałek tkanki skóry, cholera, czy Ty na pewno istniejesz? nie wymyśliłam Cię? nie wyśniłam?
nie znikniesz? nie okażesz się snem?
skończyła się kawa. muzyka zmieniła się z nirvany na panic!at the disco.
cóż za popołudnie...
a za godzinę kolejny rozdział przygód.

piątek, 24 czerwca 2011

no, nieważne.

Lukier z ust. Słodkie naiwności. Kapią, spływają z warg w dół, na brodę, by opaść, opaść i wsiąknąć prosto w Twoje uszy.
Izabela? To Ty? O cholera. Co się stało?
Niewytłumaczalnie. Zamknij oczy. Po co Ci to, połóż się, tutaj, na biurku, połóż się i zamknij oczy. Nie przejmuj się. Właśnie tak. W wannie, połóż się, oprzyj nogi na telewizorze.
Zamknij oczy. Zapomnij.
Lekko.
Zamknij.
Spokojnie.
Odpłyń.
Chodź.
Podaj mi dłoń.
Izabelo, uspokój się. Zamknij oczy i zapomnij. Trudno.
Tak bywa.

sobota, 18 czerwca 2011

. p . o . c . o . ?.

lekko,zwiewnie,niezauważalnie,skradamsię.
chcę ukraść niebo, mieć je tylko dla siebie.
pałaszować chmury jak watę cukrową.
dotykać gwiazd, zbierać i rozdawać.
... a wszystko wokół takie magiczne...



nic się nie dzieje, spokojnie, przecież wszystko jest w porządku. coraz delikatniej, pocałunki na duszy. zapachy. wiatr, targający włosy i liście drzew, kojący ciała, otulający ramiona. hej, po co Ci to? zamknij oczy, nie myśl, zamknij i wsłuchuj się. jakie problemy, dlaczego o nich nie zapomnisz?... iluzja, spokojnie, to kiedyś zniknie, nie będzie Ciebie, nie będzie mnie, nie będzie Ty-i-Ja... tylko wielkie, nieograniczone nic.

hej?
po
co
Ci
to?

środa, 8 czerwca 2011

chociaż...

a może wszystko to złudzenie? zaraz pryśnie jak bańka mydlana. miłość nie będzie miłością. przestanie być sensem życia, przestanie mnie interesować. przyjaźń ucieknie, przesypie się przez palce...
może jeszcze kiedyś się zakocham.
a w chwili obecnej... just fuck it. żyjmy chwilą. czas pokaże.
_______
to jeszcze takie moje małe rozmyślania przed snem, przychodzące jak koty.

armageddon.

padnij.
lecę, pędzę. powoli odpadają mi nogi, rozkruszają się na twardym, zszarzałym cemencie. biegnę, wokół jest tak zielono, tak pięknie.
wszystko jest złudzeniem, a ja jestem złudnie szczęśliwa. kręcę się, kręcę, upadam, podnoszę, zanoszę się śmiechem. jestem szczęśliwa, jestem po prostu popierdolona.
nie ma miłości, krzyczą nagłówki gazet w mojej głowie, nie ma, możesz iść i się przelizać, przeruchać, możesz to zrobić, nie ma miłości. i tak wyjdziesz za przyjaciela, za człowieka, z którym po prostu będzie dobrze Ci się żyło. o ile, w ogóle. nie będziesz go kochać, będziesz kochać Wasze dzieci. bo Ty je urodzisz. bo będą Twoje.
nie ma miłości, jest za to zawistne zapotrzebowanie na szczęście. jestem ja. jesteś Ty. jest on i ona. cała reszta to złudzenie. fałszywa choreografia. źle dobrane dekoracje.
jestem ja, jesteś Ty. leżymy na trawie. zaraz będziemy się kochać. zaraz. już zaraz. powoli ściągacie z siebie ubrania. powoli. leniwie. a potem, ubierzemy się, spojrzymy sobie w oczy i już nigdy więcej się nie zobaczymy.
przyjaciele, niewidzialne anioły. trzymają Twoją głowę nad muszlą, podają herbaty, mówią kojąco "pomoże Ci to". na chwile odchodzą, starają się ogarnąć kuchnię, bo przecież zaraz Twoi rodzice, potem znów wracają, głaszczą Cię po głowie...
jestem szczęśliwa.
___________________________
"z dedykacją dla Ciebie. ale nie, nie, nie musisz dla mnie, no gdzie. oj tak, napiszę z dedykacją dla Ciebie. och, przestań, co Ty."
jak obiecałam, Kościu. bełkot szczęśliwej i jakże ostatnio rudej "wokalistki".

środa, 1 czerwca 2011

nie skomentuję.
masz rację, kurwa, zranisz mnie mniej, zrywając przez gadu-gadu i pieprząc głupoty typu "TAK BĘDZIE LEPIEJ". W DUPIE BYŁEŚ, GÓWNO WIDZIAŁEŚ! nawet znienawidzić Cię nie potrafię. wszystko traci sens. coraz bardziej, coraz mocniej...
przestaję.
nie mam sensu.
nie mogłeś zostawić mnie w spokoju, skoro wiedziałeś, jaki jesteś?...
od łez coraz bardziej puchną mi policzki...


- Słucham?... A, cześć, długo się nie odzywałeś, co tam u Ciebie słychać?... O to dobrze, cieszę się, a u mamy też wszystko ok? Pozdrów ją… U Idy? Chyba dobrze, chodzi na zajęcia, nawet dostaje coraz lepsze oceny... Ale nie rozumiem po co o Nią pytasz, skoro ją zostawiłeś… To nie jest tak, że ona nie oddycha, czy umarła. Normalnie chodzi, pije herbatę, bierze prysznic, sprząta w pokoju, ale żadna z tych czynności nie ma dla niej sensu... No właśnie… Nie rozumiemy?! Czekaj, czyli miałeś prawo ją porzucić, doprowadzić, żeby brała jakieś prochy… Dlaczego z dala od Niej?... Bardziej ją zranisz, gdy się dowie, że byłeś, a do Niej nie przyszedłeś… No pa…
***
- Cześć, z tej strony Kuba… U mnie? Wszystko w porządku… Tak, tak, pozdrowię. Słuchaj, mam do Ciebie pytanie. Nie wiesz może, co tam u Idy?... Aha… Wiesz, po prostu muszę wiedzieć, czy wszystko u niej w porządku i czy oddycha… Co?... Ludzie, dlaczego Wy nic nie rozumiecie?... No tak. Być może. Z resztą, pogadamy, jak się spotkamy. Niedługo przyjadę do Was, ale będę musiał być daleko od Niej… Nie chcę jej ponownie ranić, to wszystko… Wiem, wiem. Muszę kończyć. Do zobaczenia.