niedziela, 2 października 2011

iask.

izabela anna sancja k. jest wolna.
izabela anna sancja k. jest wolna.
izabela anna sancja k. jest wolna.
izabela anna sancja k. jest wolna.
izabela anna sancja k. jest wolna.
izabela anna sancja k. jest wolna.
izabela anna sancja k. jest wolna.

kurwa mać.

wrz.



a więc dzień spływa mi na słuchaniu guns'n'roses, w przemieszaniu z obecnymi utworami slasha, popijaniu waniliowej herbaty bądź ukochanego coratado oraz na przerzucaniu prania z kosza na bieliznę do pralki, a z pralki do suszarki, a z suszarki do drugiego kosza na czyste rzeczy. 

pomalowałam paznokcie, znowu na szaro, ale niechaj będzie.
sweet child o'mine.

ka nadal się nie odzywa.

czwartek, 29 września 2011

lrz.

nic nie ma sensu.
pamiętasz? to rzekomo brzmi przerażająco. kiedy powtarzasz to w kółko ze smutnym uśmiechem. bo taka prawda.
jestem jędzą. jestem okropną egoistką, wiesz? nauczyli mnie tego inni ludzie, ludzie, o których staram się zapomnieć, jak najszybciej, jak najefektywniej. zaczęłam od blokowania ich na facebooku. muszę jeszcze znaleźć sposób na numery gadu-gadu. mogą mi się przydać, ale nie chcę widzieć już ".. jest dostępny/a".

zmieniłam numer telefonu, wiesz?

muszę coś zrobić z moimi włosami. dziś napuszczę sobie wody do wanny, siedzę w niej półgodziny z kubkiem kawy. może coś wymyślę.

niedziela, 25 września 2011

jrz.

brakuje mi dzwoniącego telefonu "hej, masz piętnaście minut, za piętnaście minut jestem u Ciebie i porywam Cię Tam."
albo najzwyczajniejszego w świecie "chodź".

kurwa, może właściwie brakuje mi z-w-i-ą-z-k-u, a nie zabawy w miłość?

autumn.

spójrzmy na to tak.
na sam początek potrzebuję herbaty. jednak, żeby dotrzeć do kuchni i wykonać serię skomplikowanych gestów, takich jak zagotowanie wody magicznym guziczkiem, wyszukanie pudełka z zieloną, i wybranie kubka, muszę znaleźć skarpety. te moje szare i grube, których w przyszłości będę miała całą szufladę. na chłodne, zimowe wieczory.
mmm. bardzo lubię to uczucie, gdy parząca jeszcze herbata przepływa przez moje gardło, rozgrzewając mój organizm. niezwykle przyjemne uczucie. 
lato odeszło. odeszło, a ja żegnając się z nim, byłam gotowa na przybycie jesieni. tej pięknej, prawdziwej, która maluje farbkami liście, a wiatrem oczyszcza chodniki. i naprawdę tęskniłam za tymi wieczorami przy świeczkach, z otwartym oknem i tym przyjemnym, chłodnym powietrzem, łaskoczącym moje płuca. 
mam nadzieję, że niedługo nadarzy mi się okazja, żebyśmy położyli się gdzieś, na tym płaszczu z tęczowych liści z gitarą i kubkami z gorącą herbatą. i żebyśmy zapomnieli o świecie. kolejny raz.

" wystarczysz Ty. 

niedziela, 18 września 2011

nie-dziel(n)a.


nie zasypiaj, hej. albo zaśnij, zaśnij, zamknij oczy, śnij, śnij. zanurz się, potem wynurz, obudź się. potem spójrz, spójrz, jaki piękny jest ten świat. potem chodź, chodź i podziwiaj, i podziwiaj słońca wschód, niebo w pomarańczach. i wyszepczę Ci, i wyszepczę, że to Ty, Ciebie chcę.

mój mózg, where is my mind.
leniwa niedzielna niedziela. niedziela to dzień, którego głównie się nie pamięta. leniwa niedziela na zebranie sił... do stania w przepełnionych autobusach, do uśmiechów, wysyłanych ukradkiem na drugi koniec sali, w której aktualnie macie język polski. po to są niedziele. polegają na odpoczynku, rozważeniu kilku spraw. napiszę dziś na kolorowej kartce listę postanowień.

a w słuchawkach pomiędzy brodką i kumką olik - the xx. muzyka do kochania, się kochania.


hello, hello, remember me? 

sobota, 17 września 2011


jazda autobusem chyba negatywnie na mnie wpływa. zwłaszcza codzienna. za dużo czasu na rozmyślania. dzisiaj na przykład, mój kochany móżdżek rozprawiał sobie z ochotą, co by to było, gdybym została lesbijką. ba, wręcz zaczynałam wyobrażać sobie, co i jak, a wszystko pewnie przez ten cytat. trochę to śmieszne, jakbym była jakimś poszukiwaczem odpowiedniej dawki miłości, kto mi ją da. niby nigdy nie czułam pociągu do dziewczyn, ale przez joaśkę, która nawiedza mnie w snach z jagną i łucją - coraz bardziej. (joaśka, jagna i łucja to trzy podstawowe postaci mojej nowej powieści, której fabuła powstała na bardzo nudnym środowym polskim, nie żebym była jakaś niespełnarozumu).
dni spływają po mnie jak woda pod prysznicem. szybko. magicznie.
ale przede wszystkim, dziś podjęłam decyzję. jedną z wielu, wielu, które jeszcze podejmę, ale na dzień dzisiejszy to dla mnie bardzo wielki i ważny krok. przede wszystkim, zacznę wcześniej wstawać i chodzić spać - na dobry początek. i wychodzić na wschód słońca.

i znowu mam ten natłok marzeń, znowu o podobnym wydźwięku, znowu, których tutaj jest z miliard. to źle na mnie działa. doprawdy, muszę zaprzestać.

naszkicuje mi ktoś sida? 

niedziela, 11 września 2011

prz.









jesteśmy tak zajebiście słitu.
palimy papierosy, zaciągając się dymem w kształcie waty cukrowej. uśmiechamy się, tańczymy i skaczemy. rozmawiamy o bzdurach, poprawiając sobie humor. robimy na złość ludziom, których kiedyś nazywaliśmy swoimi przyjaciółmi...
siadamy na ławce.

a wiesz, co chcę?
chcę pocałunków w deszczu bez przejmowania się o zmoknięcie. chcę słodkich zdań, dotyku z przyjemnymi ciarkami. chcę być dzieckiem, dla Ciebie dzieckiem, nieodpowiedzialną dziewczynką. żebyś łapał mnie, gdy będę upadać, specjalnie, na złość. żebyś budził mnie "dzieńdobry". i całował po nosie...

chcę po prostu mieć Cię blisko.

sobota, 10 września 2011

trz.

to był dobry dzień. opleciony sokiem z ziarenek czosnku. ozdobiony kwiatem kwitnącej śliwki. to był jeden z tych dni, kiedy chce się umierać, kiedy można pisać o tym książki.
to był dzień, w którym zostałam komendantką i prezydentem. a Ty rolnikiem i posiadaczem kozy z rogiem na czole. to był dzień przesiąknięty śmiechem i ogólnym dowcipem. to był dzień, w którym chciało się coś stworzyć...
nieważne co.
świetnie się bawimy.

poniedziałek, 5 września 2011

ab o ro la bis.

wcale nie ma o Tobie w każdym poście.
a nawet jeśli, to Ci się to chwali.
znowu zajmujesz jakieś miejsce w moim życiu.

wtorek, 30 sierpnia 2011

krz.


' i obiecaj mi, że pewnego dnia będziemy wracać do jednego domu, 
zasypiać i budzić się w jednym łóżku, jeść śniadanie w jednej kuchni, parzyć sobie nawzajem kawę po nieprzespanej nocy, dawać sobie całusa przed wyjściem do pracy, na uczelnie, czy gdzieś, a potem wracać, znowu, do siebie i nie będzie niekończących się w samotności niby-sekund.

yż.




jestem wyjątkowo leniwym stworzeniem. stwierdzam to wszech i wobec, gdyż moje obecne ambicje są naprawdę wyszukane, a chęci do zorganizowania się i wykonania chociażby połowy z nich są równe prawie zeru. jedyne, co dzisiaj od rana zrobiłam, to zjadłam i wyniosłam talerze z pokoju. oczywiście te, które zostały po jedzeniu wczorajszym, wieczornym.
muszę stwierdzić również, że dzisiejszy dzień, mimo jakichś negatywnych zapowiedzi upływa mi całkiem-całkiem. słucham piosenek, które wywołują moją "zgodność z samym sobą, harmonię wewnętrznych demonów". przeglądam sobie zdjęcia, dłubię w moim uchu, gdyż znowu, w okolicach sztangetty zaczęło mi ropieć. nie czuję się z tym jakoś komfortowo. jest naprawdę ok.
w miarę ok.


chcemy cudów. chcemy kochać.


podobał mi się wczorajszy dzień.
szczególnie moje ostatnie pół godziny w Lublinie. kiedy siedliśmy na tej lwowskiej i niczym żulerstwo, piliśmy z termosu kawę z mlekiem.
tak mogłabym żyć...
magicznie.


chcę bardzo Ciebie.

niedziela, 28 sierpnia 2011

skoro po śmierci nic nie ma,
to spróbujmy pobawić się tym życiem.

czwartek, 25 sierpnia 2011

oz.

po raz tryliardowy biorę się za sprzątanie. po raz tryliardowy wstaję i wciąż wracam na fotel... no ok, tym razem przekręciłam laptopa i siadłam na biurku. mam ochotę na trzecią już dzisiaj kawę i mam ochotę na porządek. taki idealny.
mniejsza o to.
wspomnienia zasypują mnie niczym lawina w górach. autentycznie. natłok obrazów, krótkich filmików pozbawionych kolorów, jakichś ponagrywanych w moim mózgu zdań. nie potrafię się od nich odciąć, męczą mi myśli. zadają pytania, podchwytując "a może jednak" utkane z bezsensowności całej tej sytuacji.
siedzę i modlę się, żeby przestać. ile tak można?
i żeby na to wszystko miał wpływ jakiś jeden sen?...


dzisiejszy dzień spłyną mi na graniu w tekkena, sprzątaniu, robieniu sobie dobrego jedzenia, co-chwilowego lataniu do kuchni po kolejne kubki z kawą. spotkałam się z Olą, obejrzałam to i owo. posłuchałam tego i owego. pisałam z tymi i tamtymi.
nie jest dobrze.
oby jutro było lepiej.
jutro jest wolne od błędów!
jutro też wstanie słońce!

środa, 24 sierpnia 2011

d z i ś.

zmieniłam się.
tak, jak podejrzewałam.
wypiłam kawę, wrzuciłam pranie. słucham tej samej muzyki.
siedzę w tym samym fotelu.
szeeeeeeeeeeroko się uśmiecham.
jest mi dobrze. to przede wszystkim.
męczy mnie jedna sprawa, ale wiem, że niepotrzebnie.
wszystko układa się dosyć po mojej myśli.
mam mnóstwo pomysłów.


dziękuję.
_______
PS. Eryku, wiesz, że to, co wczoraj powiedziałeś, i choć wiem, że to totalna bzdura, do teraz brzmi mi w uszach?... :).

piątek, 29 lipca 2011

eż.

kochasz go. być może dlatego tak bardzo, bardzo nienawidzisz siebie?

proszę Cię, nie rozklejaj się tutaj, nie w recepcji, nie na tej wyspie.

proszę. uśmiechnij się.

k i e d y ś Ci przejdzie. teraz masz przynajmniej dobry wątek na rozpoczęcie, który już niedługo pojawi się na poczcie wszystkich najważniejszych Ci osób w celu "wyrażenia opinii". wyślesz także jemu? przecież i tak nie przeczyta, usunie. mimo wszystko, chciałabym usłyszeć Twoją opinię. chciałabym nasączyć się wspomnieniami, całym Tobą jak gąbka wodą.

nic takiego się nie wydarzy, prawda?

chyba czas przestać się oszukiwać.

i co godzina wpis w pamiętniku...



zaraz wszystko zniknie.

jutro wracam z wyspy, by pojutrze wsiąść do pociągu...



... i wrócić 22. oby do tego czasu zmieniło mi się trochę podejście do tego wszystkiego.

piątek, 22 lipca 2011

chociaż.

koniec.
namalowany plakatówkami na murze, gdzie zwykle paliliście papierosy.
zaraz pod serduszkiem z Waszymi imionami.
koniec.
wyrazisty krzyk.
wiesz?
myślę o Tobie w ciągu godziny...
jakieś 30 minut.
nie ciesz się,
przez pozostały czas,
rozmyślam, jak o Tobie nie myśleć.

wszystko jest rysowane ołówkiem.
i po chwili ścierane gumką.

sobota, 2 lipca 2011

hej,
chodź,
zakopmy się w swoich warstwach skóry.
zanurzmy we własnych oczach.

środa, 29 czerwca 2011

az.

napuszczam wody do wanny. dolałam do niej płynu, żeby, kiedy już wejdę, cała wanna była w pianie. chcę się odprężyć. chcę pierdolone "welcome home" w słuchawkach, filiżankę kawy z dobrze spienionym mlekiem i tą wolność.
wiesz, co bym chciała jeszcze w mojej wannie? chciałabym, żeby była troszkę większa. i miała lustro na ścianie. i chciałabym Ciebie obok. i paczkę papierosów, których nie umiem palić. i chciałabym, żebyś szeptał.
obiecaj mi, że kiedyś tak będzie. może nie jutro, nie za rok, ale w ogóle. nawet jeśli musiałbyś skłamać.
widzisz, jest mi teraz po prostu bardzo smutno i chciałabym żyć w złudzeniu, że moje życie tak naprawdę nie jest takie okrutne. że właściwie jest piękne. kolorowe. idealne. takie, o jakim zawsze marzyłam.
popijam łyk black label. och, jakże bym chciała, żeby to kiedyś było prawdziwe!...


a kiedy wyjdę z wanny... zacznę pisać. opisywać.
mam dobry plan.

niedziela, 26 czerwca 2011

iz.

jestem zlepkiem z kawy, dużej ilości wody mineralnej, mojej ukochanej koszulki z żabką, Twojej bluzy, setki rzemyków, rozmazanym makijażem, splątanymi włosami i starą, dobrą nirvaną w głośnikach.
do tego jeszcze pinacolada w zamrażalniku, lody mojej mamy, które są istną wisienką na torcie każdego dnia, kiedy wracam i chcę cokolwiek skonsumować. zaraz, kiedy skończę z kawą zajmę się lodami.
każdy dzień mija jakby już nic więcej nie miało się zdarzyć. nadajemy o końcu świata. przecież przyszłość i przeszłość to tylko nasza wyobraźnia. tu i teraz. dlatego tak bardzo kocham momenty z Tobą.
a jeszcze bardziej uwielbiam na Ciebie patrzeć. może to egoizm, przecież oczy mamy takie same. absolutnie wszystko, każda kość (:P), każdy kawałek tkanki skóry, cholera, czy Ty na pewno istniejesz? nie wymyśliłam Cię? nie wyśniłam?
nie znikniesz? nie okażesz się snem?
skończyła się kawa. muzyka zmieniła się z nirvany na panic!at the disco.
cóż za popołudnie...
a za godzinę kolejny rozdział przygód.