środa, 14 marca 2012

ęrz.

pierwszy dzień bez Ciebie. pierwsze godziny bez oddechu na karku, wyczuwalnego mimo dzielących kilometrów. dziś ich ilość z zaledwie dwóch - trzech do dwudziestu, wzrasta do tysiąca stu. pierwszy dzień przeżyć będzie trzeba bez rozkosznego dobranoc i uroczego dzieńdobry. i niebo się poszarzało, kiedy się zaczęło. i moje myśli, spustoszały. i teraz, siedząc sama w pokoju, myślę, kiedy wreszcie oszaleję. będzie mi ciężko, ale baw się dobrze.


edit. a w głowie wciąż mam to, jak cudnie nam było w tle comy.

wtorek, 13 marca 2012

urz.

znowu fascynuje mnie lomografia. znowu mam chęć na chwytanie chwil z życia w formie małych karteczek z kolorowymi, malowanymi światłem obrazkami. na chwytaniu oczu i kosmyków włosów, wtopionych w letni krajobraz naszego lenistwa. Ty, ja i krótkie urywki myśli. (prawie jak Ty, ja i Twoje uzależnienie, które tak często i szybko odbija mi się echem w mojej głowie). Ty, ja i palenie papierosów nad zalewem, picie tanich win. chwytanie chwil małym, plastikowym aparatem w różnokolorowych obudowach. jeden z nich być może niedługo znajdzie się w moim posiadaniu, w każdym razie o to proszę na czwartego - czwartego, który nie tak szybko nadejdzie. pojawi się z karteczką, że skończyłam 17 lat i - że w sumie, to ostatnie chwile mojej młodości. carpie diem, aż chciałoby się powiedzieć.
a najgorsze jest to, że przez najbliższy tydzień krople będą padać z nieba nieco wolniej. słońce świecić trochę słabiej. ludzie będą trochę inszi. moja droga do szkoły będzie trochę wolniejsza, a cisza coraz głośniejsza.
byle przeżyć. 
ps. a na oknie 74 (jak skrupulatnie policzył mój rodziciel) żurawi.


sobota, 10 marca 2012

gives you hell.

posprzątałam w pokoju
(jak widać, o już nie widać). 
ubrałam się i umyłam. 
pomalowałam.
i zaraz będę.

czwartek, 8 marca 2012

Kocham!

Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!
Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!
Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!
Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!
Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!
Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!
Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!
Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!
Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!
Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!Kocham!
uch... Strasznie!
                                       ~KJS

sobota, 3 marca 2012

xrz.

i wracamy do punktu wyjścia.
znowu znajdziesz mnie na podłodze, z słuchawkami w uszach w rytmie rage against the machine. znowu patrzę w górę i myślę, na chuj to wszystko. będę podnosić się tylko w dwóch celach. zwiększenia zawartości opróżnianej w kółko szklanki i zmienienia piosenki do zapętlania. 
a najchętniej to teraz poszłabym gdzieś, siadła i spaliła paczkę lucky strike'ów.
nie pytaj. nie dzwoń. nie pisz. nie szukaj.
i tak nie odbiorę / nie odpiszę / nie wstanę.

FUCK YOU I won't do what you tell me!

iask.

poniedziałek, 27 lutego 2012

zrz.

wiosno. chodź już. nie chowaj się za drzewami, widzę Cię przecież w tafli błękitnego nieba. wiosno, chodź już, otul mnie, otul nas swoją zielenią, swoimi zapachami. rozsiej wokół miłość. daj mi siłę, spakować swój plecak i wyjechać w bieszczady na weekend, pić herbatę w za dużych swetrach przy akordach gitary.
wiosno, zaczaruj mnie swym pięknem. otwórz mi oczy na sztukę. spełniaj marzenia, muskaj słońcem piegi.
wiosno. przyjdź. ogrzej nasze serca promieniującym dobrem.

poniedziałek, 20 lutego 2012

mrz.

happy birthday, kurt.


tak jakoś zmienia się mój pokój. a na drzwiach dwa niekształtne serduszka. 


czwartek, 16 lutego 2012

..rz.

jak to wszystko zgrabnie płonie. spala się. topi. i w końcu nic nie zostaje prócz pyłu czy czarnych kropel na asfalcie. jak to wszystko zgrabnie żyje. oddycha. mruga oczami. zwraca się ku słońcu.

pół roku? jak tydzień.
niedługo, niedługo....


sobota, 28 stycznia 2012

qqq.







breakfast.
chodź na śniadanie, chodź, mam pancake'ki z bananami, gorącą kawę, moje kochane cortado, chodź chodź, a w tle leci jakaś denna piosenka o miłości, chodź, uśmiechnę się do Ciebie sponad mojego ukochanego kubka z ikei.
chodź, tak będą wyglądały nasze poranki, ja i Ty, wymruczane słodkie słówka, spoglądanie sobie w oczy, nie w oczy, w duszę, już niedługo, już niedługo. i będziemy się sobie spowiadać nad ranem przy wschodzącym słońcu.



another day. 

czwartek, 26 stycznia 2012

xxx.


Nie pojawiam się? Trudno. Nie muszę. Nie mam obowiązku. Nikt nie stoi nade mną z batem i nie wykrzykuje komend. Pisz. Pisz. Pisz. Na razie nie.
Zniknęłam. Przestałam mieć na to czas. Na moje wyznania, które ograniczyły się tylko i wyłącznie do Kamila Sikory, zwanego pieszczotliwie KJS (prawie jak IASS), przestało być parcie. Na moich słowach przestała ciążyć jakakolwiek klątwa, pełna zaczarowanych zwrotów, które trafiały prosto w serce.
Nazywam się Izabela i właśnie mam chęć odrodzić się z popiołów. Moje postanowienie o książce, którą zamierzałam skończyć w grudniu 2011 roku, po prostu nie wypaliła – myślę, że to głównie przez to, że NAPRAWDĘ DUŻO działo się w moim życiu. Dużo złego i dużo dobrego. Poznałam mnóstwo magicznych osób, które po prostu napełniają mnie energią do życia. Które sprawiały, że zwykła chwila wydawała się być napisana przez dobre pióro pisarza. Dziękuję Wam za to. Dziękuję za wszystkie złe i dobre momenty. Za to, że poznałam drugą stronę medalu i potrafiłam wybrać. Dziękuję Wam za to, że nauczyłam się akceptować wady innych poprzez Wasze wady, a także, wyszukiwać zalet i ubarwiać nimi ludzi, którzy wędrują ze mną po ścieżce.
Nazywam się Izabela, choć czasami znana byłam jako Shizowata, Shizabella, Cathy Brian, Xastanya i dużo, dużo innych. Teraz już chcę się podpisywać (prawie!) swoim imieniem i nazwiskiem.
Pragnę utworzyć coś nowego. Bez zbędnego planowania. Spontanicznie. Coś, czym będę mogła zachwycić oko patrzącego. Coś, co może kiedyś komuś odmieni światopogląd. Marzę o tym, aby zmieniać ludzkie życia. Marzę, by podarować komuś uśmiech i właśnie taką mnie zapamiętał.
Zmieniam się? Zmieniłam. W sumie, wszystko dzięki komuś, kto właściwie powinien być ode mnie młodszy nie tylko wiekiem, ale i emocjonalnie. Dziękuję Ci za to, że jesteś i mnie wspierasz. Za to, że ożenek ze mną dla Ciebie to tylko „formalność”. Za to, że mogę trzymać Cię za rękę i możemy wzajemnie się trzymać w pionie. Dziękuję Ci. Zmieniłeś mnie, dojrzewam, z każdym dniem coraz bardziej, prawie jak jabłko…
Uważam, że Was, którzy od czasu do czasu, pewnie czasem niechcący, tu wpadacie, nie powinno więcej obchodzić moje własne życie osobiste. Żyję, jak żyję. Mam wokół siebie uśmiechnięte twarze, moje zuchy, moich coraz bardziej denerwujących urwisów. I nikt, prócz mnie samej nie będzie mnie z tego rozliczał.
Nadchodzi 30 stycznia. Dla Lubelskiego, czyli także i dla mnie rozpoczną się wtedy ferie zimowe. Czy coś wtedy się stanie? Mam nadzieję. I mam nadzieję, że mimo tego, że się nie znamy, będziecie – choć myślami – trzymać za mnie kciuki.
Pozdrawiam – Izabela Anna Sancja K. (S.).  inaczej znana jako Aborolabis. 

piątek, 6 stycznia 2012

well fuck u.

jak się czuję? dziwnie. trochę mi smutno. najchętniej, to przespałabym może całe życie.
ale jedno jest dobre - już nie ogryzam paznokci.
zrobiłam słoik z postanowieniami noworocznymi... no zobaczymy, jak to będzie.

edit: 3 words, 8 letters. say it and i'm yours.

piątek, 30 grudnia 2011

brz.

tup tup tup. nieoczekiwanie szybko zbliża się nowy rok. czyli kolejna seria mylenia się przy datowaniu zeszytów (a raczej tylko jednego zeszytu, bo tylko technologię, no i ewentualnie biologię udaje mi się jako-tako prowadzić), wmawiania sobie różnych obietnic, jak na przykład "w tym roku schudnę i będę się uczyć", a także wymazywaniu z pamięci wiadomości o wszystkich ranach i widocznych bliznach.
[z góry uprzedzam, że dalsza część notki zawiera bardzo dużą dawkę emocji osobistych, skumulowanych wokół tematu wciąż aktualnego i jakże pożądanego. tak więc, jeśli masz złamane serce lub masz jakiś konflikt w związku - lepiej tego nie czytaj. poczujesz się jeszcze gorzej (wiem, jak "nasze" teksty wpływają na ludzi, doświadczam to po koleżankach z klasy, które po każdym takim odczytanym mają łzy w oczach i zaczynają powtarzać, że "nas" nienawidzą). wszystko na Twoją i tylko Twoją odpowiedzialność, Ty, który się tutaj dziwnym zżądzeniem losu znalazłeś.]
widzisz to? to, tam daleko? polana między górami. tam kiedyś stanie nasz dom. będzie duży, choć niewielki. zabezpieczony od spalenia, ale też przyjazny. będzie miał kominek, w którym radośnie strzykał będzie ogień (wyciągnij przed siebie dłonie) i miękkie dywany, na których będziemy leżeć i przerzucać kartki książek. Drzwi będzie miał dość zwyczajne, jak to drzwi, z jakimiś zdobieniami, wewnątrz natomiast drzwi będą we wszystkich kolorach tęczy. będziemy uwielbiać nasz salon, w którym oprócz regałów z książkami, jakiegoś dużego telewizora (bo przecież jesteś leniem i co będziesz robił leżąc?), białej, dużej kanapy, będzie właśnie kominek. i miękki, biały dywan. i ja. i Ty. i puchate skarpety do kolan.
i sufity też będą magiczne. gdzieś będą jak rozgwieżdżone niebo, a gdzieś będą jak korony drzew. będziemy wdychać powietrze uginające się pod słodyczą moich spalonych ciast w piekarniku, z których Ty będziesz się śmiał, a ja będę się załamywać w środku, bo kolejny raz mi nie wyszło zaskoczenie Ciebie.
i będziemy wychodzić do pracy, jedno w jedną stronę, drugie w drugą. i w wolnych chwilach będę do Ciebie dzwonić i przeszkadzać Ci w zabiegach czy konsultacjach powołując się na ważne sprawy rodzinne.
i będę wracać do domu z pudełkiem wielkiej pizzy z czosnkiem, bo przecież nic nie ugotuję z dwoma lewymi rękami.
i będę się śmiała, zabierała Cię do wesołego miasteczka, gdy tylko jakieś wypatrzę w pobliżu. i będę latać z Tobą na olbrzymich karuzelach, wyciągając w górę ręce.
uważasz, że ostatnio daję mało Ci miłości, miłości, od której promienieję bardziej niż Maria Skłodowska-Curie. uważasz, że przestajesz to czuć. zamknij oczy. jestem obok. zawsze, gdy tylko o mnie pomyślisz. jestem przy Tobie myślami. zamknij oczy, wyobraź sobie ten świat, którym ja żyję. wyobraź sobie morze gwiazd w Twoich dłoniach. wszystkie dla Ciebie, ja je złapię, złapię, żeby spełnić Twoje marzenia. wszystkie, prócz jednej, żeby się schować i po cichu wypowiedzieć "spraw, żeby nigdy w życiu ten debil mnie nie opuścił, ani ja jego", a potem wybiec ze śmiechem dziecka, które coś przeskrobało.
przecież doskonale o tym wiesz. że spalam się i odradzam naraz, kiedy przy mnie jesteś. że jestem sobą, jestem szczęśliwa. wiesz, że zrobiłeś ze mnie to, co nikomu innemu się nie udało. i nieważne, czy jest ktoś jeszcze oprócz mnie. naprawdę nieważne. nawet jeśli jest, to żaden biegun nie da rozłączyć naszych dwóch stron magnezu. nie ma po prostu opcji. nie znajdziesz dwóch lepiej pasujących do siebie puzzli.
i " słuchaj, kochanie, to nie tak, kocham cię, kocham cię, każdą swoją żyłą, każdym swoim włosem, obojgiem uszu i oczu, dziurkami nosa, skoliozą, paranoją, próchnicą, mózgiem, stopami, jesteś dla mnie wszystkim, klejnocie, góro cukru, kocham cię" (dlaczego cytowanie tego przychodzi mi z taką łatwością? dlaczego znam to już na pamięć i układa mi się w melodię?) przecież wiesz, że bez Ciebie jestem jak "jakaś niemożność jak dwa plus dwa równa się pięć" teraz to już "nie ma mnie bez Ciebie".
kocham Cię, aż czasami sama w to nie wierzę.

"Tylko Ty. Nikt inny. Tylko Ty i ja. Nikt inny. Tylko My. Razem".

sobota, 24 grudnia 2011

nrz.

pobawmy się dzisiaj w kota. dzisiaj, jeszcze przez jakieś 12 minut, jest wigilia. pobawmy się w kota, zwińmy pazurki, połóżmy się pod kaloryferem. nie grzeszmy już.

wtorek, 13 grudnia 2011

vrz.


herbata przemieszana ze rozkosznym drżeniem głosu Ville Valo. mam ochotę na papierosa, na słodkie wargi od BD, ale przecież już prawie nie palę. w przyszłym życiu potrzebuję mieć dom z wyjściem na dach, by siadać tam w dresie z kapturem i palić, trzymać szlugę między niebieskimi paznokciami, jedna za drugą. nie powoli. nie rozkoszować się dymem. szybko. żeby zabijać. by rysować niespełnione marzenia palcem na tabunie burych chmur nad moją głową. by zagryzać wargi z bólu. do krwi.
jest mi smutno. potrzebuję kota. potrzebuję porządku w pokoju i w głowie. potrzebuję pierdolnąć to wszystko w chuj i spierdolić. daleko. jak najdalej się da. nie łasić się już. nie rozmawiać z ludźmi. nie uzyskiwać złudnej nadziei i nie zawodzić się. chcę wreszcie wyjść z domu w glanach i wrzasnąć na całe gardło NO FUTURE.
nic się nie zmieniło.
minęły cztery miesiące? jak rozkosznie. jak to się w ogóle udało? jego też chcesz pierdolnąć w nicość?
chciałabym zamknąć Cię w klatce, trzymać w uchu, jak słuchawkę, żebyś rozśmieszał mnie i gadał te swoje głupoty, żebyś trzymał mnie za rękę i "kopał w dupę", kiedy tego potrzebuję. a teraz tęsknię, tęsknię komórkami, tkankami, organami, cytoplazmą, żółcią, fosfolipidami, każdym decymetrem sześciennym tlenu. tęsknię. chcę Cię. tutaj. teraz. obok.
ps. sen o ciąży, moim kolejnym świadomym snem.

czwartek, 8 grudnia 2011

hrz.

tak pięknie wyglądasz z papierosem.
tak pięknie spływa Ci makijaż po policzkach.

myślisz, że to się dzieje ot tak?
to całe kochanie?

wtorek, 29 listopada 2011

teatralnie.

- zamieszkajmy w mcdonaldzie.
tak w ogóle, to mam okropny burdel w pokoju. składa się na niego setka nieposkładanych ubrań, nierozpakowany plecak z biwaku, biurko zasypane kolorowymi i tymi białymi żurawiami, lakierami do paznokci i innymi kartkami bez znaczenia. a pomiędzy tym wszystkim ja. z silną potrzebą posiadania klamki w drzwiach. trzech gwoździ w ścianie za drzwiami, światełkami na karniszu, powieszeniu na ścianie mojej tablicy korkowej i sznurków z żurawiami pod sufitem. w dodatku, mój komputer pęka w szwach od nadmiaru "prezentów" mikołajkowych, które sama sobie wybieram. 
a po za tym...
jakoś ostatnio nabrałam się na rozmyślania. o sobie samej. 
nie wiem, po co i dlaczego.
wiem tylko, że raczej jest mi to potrzebne.
przede wszystkim, chciałabym złożyć apel do wszystkich tych, którzy mnie nienawidzą. tak, wiem, że istniejecie i wchodzicie na mojego bloga, o czym świadczy nieustająco rosnąca statystyka po prawej stronie. chciałabym przede wszystkim Wam powiedzieć, że nie winię Was za to, że macie do mnie jakieś urazy. sama je do siebie mam. zdaję sobie sprawę z tego, że popełniam błędy, i to tak samo, jak każdy z Was. ale jeśli nie chcecie mieć ze mną do czynienia, to po prostu nie miejcie, a nie wciąż tu zaglądacie, wciąż puszczacie jakieś błahe plotki, z których, co prawda wraz z k. się śmieję, ale to powoli bywa męczące. jeśli macie jakiś problem, jestem dostępna prawie wszędzie, możecie umówić się ze mną i sobie to wyjaśnić. nic trudniejszego. 
a teraz... idę malować mapę. trzeba się trochę ogarnąć.

poniedziałek, 21 listopada 2011

rozmówki iask. z młodszą siostrzyczką.


Gabrysia:                      Izzzaa! no weź, ja tam nie pójdę sama, boję się ciemności!
Iza:                                  oj daj spokój, myślisz, że tam siedzi Voldemort i chce w Ciebie strzelić różdżką?
G:                                    NO! Ja stąd nie wyjdę, dopóki mi tam nie zapalisz światła.
I:                                      spoko.
G:                                    AAAAAAAAAAAAaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!
I:                                      nie drzyj się.
G:                                    AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!
*I. bierze kawałek taśmy z biurka i zakleja G. usta*
I:                                      teraz Cię nie słychać.
*G. odrywa sobie taśmę z ust i szuka taśmy po szufladach.*
I:                                      tu nie ma taśmy.
G:                                    to gdzie jest?
I:                                      tata ma.
G:                                    aa, to idę do taty po taśmę.
                                         *nagle staje w półkroku, odwraca się.*
                                         ALE TAM JEST VOLDEMORT, NIEE!
Chwilę później.
G:                                    Aaa! Iza, odwróć się!
*I. patrzy na nią jak na debila.*
I:                                      A co, Voldemort tam jest?
G:                                    No, skąd wiedziałaś?... Taki w czarnej sutannie.
_____________________________
sympatycznie. dni spływają mi karmelowo, a jeszcze bardziej osładza wszystko fakt, że przez trzy kolejne dni mam na 12 do szkoły - żyć nie umierać! to nic, że po raz enty zaspałam na angielski. to nic, że stwierdziłam, że i tak już nie zdążę na autobus i wyszłam sobie jakieś 10 minut później. i tak go złapałam. i tak zdążyłam na hiszpański. i tak byłam na warsztatach z angielskiego. całe 4 godziny paplania w tym języku sprawiło u mnie myślenie po angielsku. dziwne. a tak w ogóle, to jestem dzieckiem szczęścia, bo chcąc tylko i wyłącznie trafić na dworzec (przecież miałam zarówno legitymację [POZDRAWIAM PANA KANARA, KTÓRY ZNISZCZYŁ MI CZWARTEK!] jak i bilet odpowiadający zniżce na legitymacji!) dzięki cudownej, lubelskiej komunikacji miejskiej, trafiłam na moje 88 i bez wykorzystywania biletu trafiłam do mojego małego miasteczka. 
a jutro jadę zapłacić mój pierwszy, osobisty mandat.

środa, 16 listopada 2011

śrz.

świat jest lustrem - jaki Ty jesteś dla świata, taki świat będzie dla Ciebie.
uśmiechniesz się do kogoś - ktoś do Ciebie się uśmiechnie.
powiesz komuś coś miłego - ktoś Ci powie coś miłego.
przytulisz kogoś - ktoś przytuli Ciebie.
wyciągnij rękę pierwszy.
uśmiechnij się.
lepiej się żyje.

wtorek, 15 listopada 2011

grz.


"... jeśli Cię boli, niech zaboli Cię bardziej!"

zaczęłam robić żurawie z papieru. z białych lub niebieskich kwadratów. albo z gazet. z gazet, w których królują zdjęcia bardzo szczupłych i pięknych pań, kanonów wszechobecnego piękna. dziwnym trafem, każdy taki modny żuraw na swoim grzbiecie ma ich twarze, pokryte dużą ilością makijażu, z czarnymi powiekami, z wyróżowionymi policzkami albo krwistymi ustami.
ostatnie dni mijają pod znakami zapytania, na huśtawce nastrojów z dźwiękami albo pianina albo piagiatu199, którego głos wokalistki (a raczej jej szept) wydobywa się z głośników mojego skromnego laptopa. ostatnie dni spędziłam na przeglądaniu friends of friends soup'a (może to już uzależnienie?), odrabianiu lekcji z młodszą siostrą, chodzeniu do szkoły, spaniem i ciągłą chęcią rozpoczęcia "zimowych porządków".
święta, zakwitnijcie już w mojej duszy, rozwleczcie swe ramiona z lampek niczym bluszcz swe gałązki dookoła drzewa.

a. odpisał u., ale u. nadal nie wie, czy a. jest wolny.
b. nie ma czasu spotkać się z v.
do x. nie pisze c. od 49 godzin.
do y. nie zadzwonił d., choć obiecał.
do z. nie przyznaje się e., choć przecież już od dłuższego czasu są razem.

izabela anna sancja k. jest nadal zakochana. 
(debm prztndjonklj skl stdrd)

"... Bo w tej samej chwili będziesz przez miłość ukoronowany i ukrzyżowany. Ona chce, abyś rósł wysoko, i godzi się, aby Cię ścięli." [k.gibran, prorok]

poniedziałek, 14 listopada 2011

moolight.

jaka jesteś?
tik, tik, tak. lekkie naciśnięcia klawiszy pianina / fortepianu, roztrzaskują się o moją głowę. ciche, niezrozumiałe takty, zamykam oczy, po kilku niemych słowach wprowadzenia, po kilku pierwszych akordach, zamykam oczy i rozpływam się. biegnę. jestem gdzieś na końcu świata. patrzę wokół siebie, patrzę, choć nic nie widzę. ktoś umiera, ktoś się obok rodzi. ktoś się kłóci, a dalej ktoś się godzi. ktoś się uśmiecha, żeby ktoś inny mógł płakać. ktoś jest chory, a piętro wyżej ktoś jest chory. ktoś leży w szpitalu, ktoś na ulicy, na ławce, ktoś we własnym, trzypokojowym mieszkaniu, a inny we własnym, dużym domku z kominkiem. ktoś się ubiera, a ktoś się rozbiera, ktoś je, a inny ktoś jest głodny...
... ktoś...
odwracam się za siebie, a za mną jest ławka, więc siadam, opieram się o drewniane oparcie. zamykam oczy i sięgam do kieszeni, taki jakiś nawyk, a w środku, za metalowymi zębami czuję coś miękkiego, coś z papieru.
wyciągam z kieszeni białego, papierowego żurawia. na skrzydle pisze niewyraźne kocham Cię, które zauważam dosyć szybko, jakbym go już znała, a przecież pierwszy raz widzę go w tej kurtce. wolną dłonią ocieram łzę, a gdzieś koło mnie słyszę tupot. podnoszę głowę. 
podbiega do mnie mały ktoś. mały ktoś ma uśmiech, szeroki, choć szczerbaty. i intensywnie zielone oczy. mały ktoś wyciąga do mnie rękę...
jestem przede wszystkim regresywna.