niedziela, 26 sierpnia 2012
środa, 22 sierpnia 2012
j a g n a .
właściwie to nie pamiętam, jak to się zaczęło. kilka wypowiedzianych od niechcenia zlepków wyrazów, tak ot, co by nie milczeć, siedząc obok, tak bardzo wpłynęło na moje życie. tak bardzo, że nie zdążyłam zarejestrować momentu, kiedy widzowie klikają przycisk startu. nie pamiętam tego tak, jak nie pamiętam jakiś pięćdziesięciu procent mojego dzieciństwa, ale to chyba jeszcze nie był początek.
nazywam się Jagna. w zasadzie, nie tyle Jagna co Jadwiga, ale życie nauczyło mnie, że imię królowej Polski nadane dziecku w obecnych czasach jest wyłącznie źródłem kpin i ogólnej uciechy pośród moich rówieśników. moi rówieśnicy mianowicie noszą imiona tak bardzo zagraniczne i nowoczesne, jak Aleksandra, Karolina, Michał czy Paweł, a staropolskie Stanisław, kojarzą im się tylko z emerytami śmigającymi na wózku inwalidzkim bądź tak zwanym chodziku.
tak więc, dzięki oryginalnemu, jakby się wydawało, wyborowi moich rodziców w podstawówce byłam uznawana za właśnie taką staruszkę. co rusz ktoś zabierał mi zeszyt i pisał pod tematem "stare próchno!" z rysunkiem zgarbionego patyczaka o wyłupiastych oczach w różnobarwnej chuście. cholera, miałam w klasie dzieci z nazwiskami wszystkich zwierząt afrykańskich, a oni upatrzyli sobie mnie jako ich kozioł ofiarny przez felerną Jadwigę.
w gimnazjum, do którego trafiłam następnie, wyśmiewana już byłam jako Jadzia. nie rozumiem tego do tej pory, dlaczego to zdrobnienie powodowało salwy śmiechu. zwłaszcza, że nie wychodziłam na dziesięciominutowej przerwie na skradzionego rodzicom papierosa, nie zostałam ani razu wyrzucona z lekcji religii za swoje zachowanie czy też nie wychodziłam w piątek wieczorem na leśne picie Amareny kupionej z miedzianych, znalezionych na ulicy monet.
mimo to, nie przeszkodziło mi to w poznaniu Sary.
Sara była usposobieniem wszystkiego, co wydaje się być idealne w gimnazjalnym świecie. piła, paliła, ćpała, przeklinała, a nawet radziła nauczycielom, aby rychło poszli się pierdolić. Sara ubierała się w wyłącznie sklepach takich marek jak H&M, Mango albo River Island, gdyż rodzice Sary zarabiali miesięcznie więcej niż Twoi kiedykolwiek zarobili rocznie. i cóż, łagodnie można było powiedzieć, że spełniali jej zachcianki. nigdy nie pytałam Sary, w jakiej branży działa jej rodzina, ale uważałam to za zbyteczne. może dlatego, że nigdy nie minęłam żadnego w przedpokoju mieszkania i nie powiedziałam żadnemu z nich dzieńdobry.
Sara miała mieszkanie na piątym piętrze w punktowcu na moim osiedlu, które agenci nieruchomości nazywali słonecznym. dla nas, głównie dzięki wybudowanemu niedaleko torów nie wiadomo po co murowi z czerwonej cegły, była to Ściana. Mieszkanie Sary miało trzy duże pokoje, jeden, który był uznawany za jej sypialnię miał balkon, kuchnię, w której mieścił się duży stół i łazienkę, i szczerze muszę powiedzieć, że było bardzo ładne. na korytarzu stała kanapa z narzutą z Ikei, obok asymetrycznego białego stolika z jeszcze bardziej krzywą lampą pomalowaną przez jedną koleżankę Sary z ASP w różnobarwne plamy. na ścianach wisiały plakaty kolejnych koncertów, jakie odbywały się w naszej dziurze, plakaty, które można kupić za piętnaście złotych w empiku z podobizną Boba Marleya.
i kiedy Sara przysiadła się do mnie na przerwie i zapytała, czy mam ochotę czasem z nią pogadać... już wtedy się w niej zakochałam.
nazywam się Jagna. w zasadzie, nie tyle Jagna co Jadwiga, ale życie nauczyło mnie, że imię królowej Polski nadane dziecku w obecnych czasach jest wyłącznie źródłem kpin i ogólnej uciechy pośród moich rówieśników. moi rówieśnicy mianowicie noszą imiona tak bardzo zagraniczne i nowoczesne, jak Aleksandra, Karolina, Michał czy Paweł, a staropolskie Stanisław, kojarzą im się tylko z emerytami śmigającymi na wózku inwalidzkim bądź tak zwanym chodziku.
tak więc, dzięki oryginalnemu, jakby się wydawało, wyborowi moich rodziców w podstawówce byłam uznawana za właśnie taką staruszkę. co rusz ktoś zabierał mi zeszyt i pisał pod tematem "stare próchno!" z rysunkiem zgarbionego patyczaka o wyłupiastych oczach w różnobarwnej chuście. cholera, miałam w klasie dzieci z nazwiskami wszystkich zwierząt afrykańskich, a oni upatrzyli sobie mnie jako ich kozioł ofiarny przez felerną Jadwigę.
w gimnazjum, do którego trafiłam następnie, wyśmiewana już byłam jako Jadzia. nie rozumiem tego do tej pory, dlaczego to zdrobnienie powodowało salwy śmiechu. zwłaszcza, że nie wychodziłam na dziesięciominutowej przerwie na skradzionego rodzicom papierosa, nie zostałam ani razu wyrzucona z lekcji religii za swoje zachowanie czy też nie wychodziłam w piątek wieczorem na leśne picie Amareny kupionej z miedzianych, znalezionych na ulicy monet.
mimo to, nie przeszkodziło mi to w poznaniu Sary.
Sara była usposobieniem wszystkiego, co wydaje się być idealne w gimnazjalnym świecie. piła, paliła, ćpała, przeklinała, a nawet radziła nauczycielom, aby rychło poszli się pierdolić. Sara ubierała się w wyłącznie sklepach takich marek jak H&M, Mango albo River Island, gdyż rodzice Sary zarabiali miesięcznie więcej niż Twoi kiedykolwiek zarobili rocznie. i cóż, łagodnie można było powiedzieć, że spełniali jej zachcianki. nigdy nie pytałam Sary, w jakiej branży działa jej rodzina, ale uważałam to za zbyteczne. może dlatego, że nigdy nie minęłam żadnego w przedpokoju mieszkania i nie powiedziałam żadnemu z nich dzieńdobry.
Sara miała mieszkanie na piątym piętrze w punktowcu na moim osiedlu, które agenci nieruchomości nazywali słonecznym. dla nas, głównie dzięki wybudowanemu niedaleko torów nie wiadomo po co murowi z czerwonej cegły, była to Ściana. Mieszkanie Sary miało trzy duże pokoje, jeden, który był uznawany za jej sypialnię miał balkon, kuchnię, w której mieścił się duży stół i łazienkę, i szczerze muszę powiedzieć, że było bardzo ładne. na korytarzu stała kanapa z narzutą z Ikei, obok asymetrycznego białego stolika z jeszcze bardziej krzywą lampą pomalowaną przez jedną koleżankę Sary z ASP w różnobarwne plamy. na ścianach wisiały plakaty kolejnych koncertów, jakie odbywały się w naszej dziurze, plakaty, które można kupić za piętnaście złotych w empiku z podobizną Boba Marleya.
i kiedy Sara przysiadła się do mnie na przerwie i zapytała, czy mam ochotę czasem z nią pogadać... już wtedy się w niej zakochałam.
wtorek, 21 sierpnia 2012
piła tango.
muszę to wszystko przemyśleć.
przewertować kartki w mojej głowie i zastanowić się, po co w ogóle to się dzieje. zastanawiam się, czy jest sens w ogóle brnięcia w coś, co przestaje sprawiać przyjemność jednej ze stron... bo jeśli tak jest, coś to znaczy? i chociaż staram się jak mogę, wciąż odczuwam tą pierdoloną bezsilność, bo nic nie działa. ani w jedną, ani w drugą stronę. i chociaż pękam pół na pół, i leżę godzinami w łóżku z szeroko otwartymi oczami, myśląc, kurwa, co jeszcze spierdoliłam, dlaczego... nic to nie daje.
żadnego efektu.
nie wiem, co mam robić, słowo daję, jeśli jest dobrze, to jest dobrze przez godzinę, dwie...
... pomocy?...
poniedziałek, 20 sierpnia 2012
an an an.
dzisiaj minął mi dzień jakoś tak... bardzo słodko. popity herbatą ananasowo-grejfrutową {wyczuwasz podtekst? powinieneś} w rytmie utworów jednego z najgenialniejszych dla mnie zespołu. chociaż miałam spotkać się z Tą Blondynką i powędrować jak prawdziwa nastolatka {a nie nolife z krainy zombie} po ciuchlandach i innego kalibru lumpexach, nie żałowałam, bo i tak dopełniłam, chociaż w siedemdziesięciu procentach swojej misji polegającej głównie na konsekwencji własnych obietnic.
za miesiąc będzie już u mnie Imbir, będę zasypywać blogspota, tumblra i inne fejsbuki jego cudownymi zdjęciami. ach, zamiast nauki, iasks będzie męczyć kota, no bo jak inaczej?... przecież lans i pozerstwo musi być, prawda?
mam wielką, gigantyczną ochotę zmienić konwencję tego bloga. mam nadzieję, że mi to wyjdzie...
+
póki co, pojawią się jeszcze zdjęcia iasks&exis, duetu zakompleksionych i ślepych bab.
umi.
dlaczego piję starą, zapomnianą białą herbatę z mango i śliwkami, dlaczego słucham dobrej starej Nosowskiej, która śpiewa mi w uszy, ażebym umarła stąd? dlaczego dziewczyny są niczym droga do świdnika, co niewątpliwie oceniłyśmy z Dorotą B.?
nie martwię się. to przede wszystkim i najważniejsze.
mam ochotę na kilka pstryków bezsensownych chwil.
kochani. :*.
nie martwię się. to przede wszystkim i najważniejsze.
mam ochotę na kilka pstryków bezsensownych chwil.
a tak się złoszczę właśnie.
kochani. :*.
wtorek, 14 sierpnia 2012
niedziela, 12 sierpnia 2012
esy-floresy-chwilowe-fantasmagorie.
jak się nazywa taki stan występujący u człowieka, przez który nie potrafi się wyrazić słowami tego, co się aktualnie czuje? chciałabym wiedzieć. chciałabym się nauczyć, jak z tym walczyć. przyjmować leki, które rozprężałyby ten natłok zalegających emocji, upychanych po kątach mojej duszy. nic dziwnego, że tak często ostatnio wybucha, że zaczynasz wyć tak, jakby rozrywano Ci duszę, że biegasz po mieszkaniu w poszukiwaniu jakiegoś elementu, który pomoże Ci się... rozładować. że w tym momencie, tego pełnego niezrozumienia jęku zaciskasz z całych sił powieki do tego stopnia, że łzy płyną strumieniami.
ale nie przyznasz się do tego. nie przyznasz ani teraz, ani nigdy potem. tylko biegniesz do pierwszego miejsca, które wyda Ci się na tyle bezpieczne, aby walić. uderzać. kopać. gryźć...
spokojnie. oddychaj. jesteś w swojej Irlandii. jesteś pośród fioletowych pól pełnych zapachu deszczu. pełnych spokojnego, choć zdecydowanego wiatru, który łaskocze Twoje ramiona, który muska niewidzialnymi palcami Twoje dłonie. jesteś w swoim miejscu na ziemi, gdzie nad Twoją głową dźwięczą radośnie te pomalowane fioletową farbą metalowe dzwonki.
to tutaj. Twoje Tam.
chciałabym nauczyć wyrażać się to, co czuję.
jutro jest wielki dzień. Nasz wielki dzień. chciałabym, aby było cudownie. tak, jak kiedyś. chciałabym, żebyś się śmiał, śmiał, uśmiechał, patrzył mi w oczy. chciałabym, abyś nie był na mnie zły. nie był na mnie zły, bo wtedy najbardziej wariuję.
o czym najbardziej marzysz? jak chciałabyś się spełnić najbardziej? co spowodowałoby u Ciebie największą euforię? co jest dla Ciebie najważniejsze?
kiedy przestaniesz uszczęśliwiać wszystkich innych, ale siebie?
weź kartkę. weź flamastry. tak jak wtedy. jak z Nimi. weź flamastry i wypisz, wymaluj wszystkie swoje oczekiwania. napisz skargi, wnioski, zażalenia. napisz to, jak Cię denerwuje, co Cię rozśmiesza. spróbuj.
pamiętasz? "ubiorę moje ulubione spodnie, nawinę kolejny milion rzemyków na rękę, pójdę tam, gdzie chodzę najczęściej, zamknę oczy, zaciągnę się powietrzem i zrobię ostatni krok, na pewno nie do tyłu..."
pamiętaj. do przodu. uśmiechaj się. żyj. marz. słuchaj. oddychaj. spełniaj się. łap chwile. pisz.
ale nie przyznasz się do tego. nie przyznasz ani teraz, ani nigdy potem. tylko biegniesz do pierwszego miejsca, które wyda Ci się na tyle bezpieczne, aby walić. uderzać. kopać. gryźć...
spokojnie. oddychaj. jesteś w swojej Irlandii. jesteś pośród fioletowych pól pełnych zapachu deszczu. pełnych spokojnego, choć zdecydowanego wiatru, który łaskocze Twoje ramiona, który muska niewidzialnymi palcami Twoje dłonie. jesteś w swoim miejscu na ziemi, gdzie nad Twoją głową dźwięczą radośnie te pomalowane fioletową farbą metalowe dzwonki.
to tutaj. Twoje Tam.
chciałabym nauczyć wyrażać się to, co czuję.
jutro jest wielki dzień. Nasz wielki dzień. chciałabym, aby było cudownie. tak, jak kiedyś. chciałabym, żebyś się śmiał, śmiał, uśmiechał, patrzył mi w oczy. chciałabym, abyś nie był na mnie zły. nie był na mnie zły, bo wtedy najbardziej wariuję.
iza.
izka.
izulka.
izuśka.
izabela.
jakie są
Twoje
marzenia?
o czym najbardziej marzysz? jak chciałabyś się spełnić najbardziej? co spowodowałoby u Ciebie największą euforię? co jest dla Ciebie najważniejsze?
kiedy przestaniesz uszczęśliwiać wszystkich innych, ale siebie?
weź kartkę. weź flamastry. tak jak wtedy. jak z Nimi. weź flamastry i wypisz, wymaluj wszystkie swoje oczekiwania. napisz skargi, wnioski, zażalenia. napisz to, jak Cię denerwuje, co Cię rozśmiesza. spróbuj.
pamiętasz? "ubiorę moje ulubione spodnie, nawinę kolejny milion rzemyków na rękę, pójdę tam, gdzie chodzę najczęściej, zamknę oczy, zaciągnę się powietrzem i zrobię ostatni krok, na pewno nie do tyłu..."
pamiętaj. do przodu. uśmiechaj się. żyj. marz. słuchaj. oddychaj. spełniaj się. łap chwile. pisz.
nie uciekaj.
ufaj.
dziękuję. znowu się uśmiecham.
sobota, 4 sierpnia 2012
wtorek, 31 lipca 2012
piątek, 27 lipca 2012
morfeusz.
przysnę sobie ot tak. wsunę się cichutko do łóżka i w ciemnościach baranki będę liczyć. przykryje się kołderką, tą różową w zielone paski, aż po czubek nosa. głowa z rudymi kłakami na miśkach turlać się będzie. przysnę sobie ot tak. z Tytusem w ramionach, Twoimi słowami echem odbijającymi się w uszach z dawnych dialogów bez znaczenia. przysnę sobie ot tak. po prostu tylko zamknę oczy... i odpłynę łodzią w kierunku snów. tych pięknych, barwnych jak motyle, przedziwnych jak filmy Burtona. tych, których szczątki brzmią potem w moich tekstach.
zasnęłam.
zasnęłam.
czwartek, 5 lipca 2012
a.
jak to właściwie powinnam wszystko nazwać? retrospekcją? czy może zwyczajnie, przeglądaniem wszystkich stu postów opublikowanych w dziwnych momentach mojego życia? nie wiem. właściwie, nie powinnam tego robić. powinnam zamknąć na kluczyk stare dzieje i zacząć prowadzić nowe. potrafię rozpoczynać od nowa.
kochanie, wszystko, od czego zaczniemy sierpień, za miesiąc, za gorący miesiąc wytężonej pracy, to rozmowa. musimy porozmawiać. o mnie, o Tobie, o nas. ale nie martw się na razie, pracuj, ja pomartwię się za nas dwoje, z burczącym brzuchem i spaloną klawiaturą.
słucham piosenek ze starego życia, w sumie, Justyna dobrze mi powiedziała. zacznij od siebie. zaczynam od siebie. wszystko. przestałam obgryzać paznokcie, ale na dłuższych białych kawałkach widać nierówne struktury - ślady po złym nałogu. zaczęłam od siebie. kupię sobie nowy kalendarz, który zaraz popsuje mi Agnieszka swoimi magicznymi rysunkami, które podpisze stwierdzeniem, że jestem niewyżyta.
a może nie chcę się zmienić w kogoś, tylko nareszcie odnaleźć prawdziwą siebie, niekoniecznie palącą black devile na górce, która już nie istnieje.
kochanie, wszystko, od czego zaczniemy sierpień, za miesiąc, za gorący miesiąc wytężonej pracy, to rozmowa. musimy porozmawiać. o mnie, o Tobie, o nas. ale nie martw się na razie, pracuj, ja pomartwię się za nas dwoje, z burczącym brzuchem i spaloną klawiaturą.
słucham piosenek ze starego życia, w sumie, Justyna dobrze mi powiedziała. zacznij od siebie. zaczynam od siebie. wszystko. przestałam obgryzać paznokcie, ale na dłuższych białych kawałkach widać nierówne struktury - ślady po złym nałogu. zaczęłam od siebie. kupię sobie nowy kalendarz, który zaraz popsuje mi Agnieszka swoimi magicznymi rysunkami, które podpisze stwierdzeniem, że jestem niewyżyta.
a może nie chcę się zmienić w kogoś, tylko nareszcie odnaleźć prawdziwą siebie, niekoniecznie palącą black devile na górce, która już nie istnieje.
sobota, 30 czerwca 2012
setka.
setka. cóż mogę w tym celu powiedzieć... przede wszystkim, bardzo mi zależało, co by setny post dodać dzisiaj. dzisiaj, ponieważ od jutra rozpoczynam coś w rodzaju "początku". dlaczego tak?
hmmm. chyba każdy powinien kiedyś po to sięgnąć. móc usunąć wszystko i zacząć od nowa, z nowymi siłami do działanie. moja drastyczna zmiana tego pokroju nadchodzi... jutro. a dokładniej za 3 godziny, kiedy miesiąc z czerwca definitywnie zamieni się na lipiec...
uch. cóż. może najbardziej mnie bolą moje marzenia, które spełniają się komuś innemu, moje plany i moje wyobrażenia, z których ktoś inny sobie korzysta. może jestem zbyt naiwna, może powinnam włączyć kolejny kawałek, w którym zamiast śpiewu słyszę budzący ciarki growl... który pozwoli odejść choć części mojej bezsilności, która się pojawia w takich momentach?...
setny post na tym blogu. dziękuję aborolabis, choć do tej pory, nie mam pojęcia, jak wygląda ta "rasa" skorka, o której mam tak barwnie opisane w wikipedii. bo, tak moi mili państwo, aborolabis to właśnie skorek.
hmmm. chyba każdy powinien kiedyś po to sięgnąć. móc usunąć wszystko i zacząć od nowa, z nowymi siłami do działanie. moja drastyczna zmiana tego pokroju nadchodzi... jutro. a dokładniej za 3 godziny, kiedy miesiąc z czerwca definitywnie zamieni się na lipiec...
uch. cóż. może najbardziej mnie bolą moje marzenia, które spełniają się komuś innemu, moje plany i moje wyobrażenia, z których ktoś inny sobie korzysta. może jestem zbyt naiwna, może powinnam włączyć kolejny kawałek, w którym zamiast śpiewu słyszę budzący ciarki growl... który pozwoli odejść choć części mojej bezsilności, która się pojawia w takich momentach?...
setny post na tym blogu. dziękuję aborolabis, choć do tej pory, nie mam pojęcia, jak wygląda ta "rasa" skorka, o której mam tak barwnie opisane w wikipedii. bo, tak moi mili państwo, aborolabis to właśnie skorek.
o czym marzysz?
a Ty?
a ja dziś marzę o drewnianym domku, gdzieś, gdzie jest cicho. gdzie mogę sobie wyjść na taras z gitarą i sobie pobrzdąkać ot tak, z pszczołami. marzę o szklance frappe z dużą ilością lodu i piasku pod stopami. marzę, żeby słońce muskało mi delikatnie buzię, łaskotało po plecach i udach. marzę, żeby wskoczyć do chłodnego basenu i poleniuchować.
ale faktycznie, przede wszystkim żadna z tych czynności nie ma sensu, jeśli nie byłoby obok Ciebie.
dzieńdobry.
Jeśli ktoś jest w związku, ludzie uważają, że powinni razem spędzać każdą wolną chwilę. Powinni oczywiście oznacza, że tak jest. No i cóż - dzieńdobry, jestem izka i szczerze mówiąc, nie spędzam każdej wolnej chwili z moim chłopakiem. Czy to jest dziwne? Pewnie dla niektórych tak. Pewnie niektórzy, po lekturze mojego przepełnionego sarkazmem tekstu, będą wręcz oburzeni, że coś działa tak, jak o tym napiszę. Ale do tego dojdę po kolei.
Na sam pierw, chciałabym powiedzieć coś o moim związku. Staż? Prawie 11 miesięcy. On młodszy, ja starsza. Ja ogień, on woda - i chyba to najprostsza charakterystyka naszych relacji. On jest spokojny, choć potrafi się wzburzyć, a ja się non stop palę, a kiedy wygasam, zaczynam umierać sama w sobie.
I co. I nie spędzam każdej wolnej minuty, trzymając go za rękę czy, patrząc sobie w oczy. To bez sensu. Widzimy się średnio raz, dwa w tygodniu. Czasami zdarza się, że w tygodniu nie widzimy się wcale. SMSy? Non stop, na zmianę z gadu-gadu. Może po prostu tak się utarło, może faktycznie mam większą wrażliwość na słowo pisane niż mówione. Nie mam pojęcia.
W każdym razie... Kurczę. Zostałam przyzwyczajona do związków, jesteśmy ze sobą non stop, zawsze za rękę. Zostałam przyzwyczajona, jak to głupio brzmi. Ale tak było. Szkoda tylko, że rzadko każdy z tych "związków" przekraczał dwa miesiące.
Może właśnie o to chodzi? Nie widzieć się z sobą non stop, żeby się sobą nie znudzić?...
Mam teraz miesiąc bez Niego. Czy dam radę? Nie wiem, będzie ciężko. Ale wiem, że w tym miesiącu, przede wszystkim postawię na siebie.
Na sam pierw, chciałabym powiedzieć coś o moim związku. Staż? Prawie 11 miesięcy. On młodszy, ja starsza. Ja ogień, on woda - i chyba to najprostsza charakterystyka naszych relacji. On jest spokojny, choć potrafi się wzburzyć, a ja się non stop palę, a kiedy wygasam, zaczynam umierać sama w sobie.
I co. I nie spędzam każdej wolnej minuty, trzymając go za rękę czy, patrząc sobie w oczy. To bez sensu. Widzimy się średnio raz, dwa w tygodniu. Czasami zdarza się, że w tygodniu nie widzimy się wcale. SMSy? Non stop, na zmianę z gadu-gadu. Może po prostu tak się utarło, może faktycznie mam większą wrażliwość na słowo pisane niż mówione. Nie mam pojęcia.
W każdym razie... Kurczę. Zostałam przyzwyczajona do związków, jesteśmy ze sobą non stop, zawsze za rękę. Zostałam przyzwyczajona, jak to głupio brzmi. Ale tak było. Szkoda tylko, że rzadko każdy z tych "związków" przekraczał dwa miesiące.
Może właśnie o to chodzi? Nie widzieć się z sobą non stop, żeby się sobą nie znudzić?...
Mam teraz miesiąc bez Niego. Czy dam radę? Nie wiem, będzie ciężko. Ale wiem, że w tym miesiącu, przede wszystkim postawię na siebie.
piątek, 22 czerwca 2012
p.
- znowu cały dzień się leniłaś?
- nie, mamo. leniłam się bardzo artystycznie. to zupełnie dwie różne rzeczy.
- ach tak?
- dokładnie. słuchałam dobrej muzyki, piłam kawę, robiłam kolejne żurawie z gazet. czytałam książkę, coś napisałam od siebie do siebie, rozmawiałam z kamilem, dorotą i justyną. ale przede wszystkim się uśmiechałam, uśmiechałam się cały dzisiejszy dzień, czy to nie jest piękne?
przecież to nic takiego. to, że jest dobrze. że wiatr, który wpada przez uchylone okno porusza różnobarwnymi ptakami z papieru. ten ich taniec jest dla mnie piękny. ach, niesamowity.
dzisiaj... właściwie dzisiaj jestem jakaś bardzo wrażliwa.
dzisiaj... właściwie dzisiaj jestem jakaś bardzo wrażliwa.
sobota, 16 czerwca 2012
welcome another beautiful day :*.
lubię takie dni jak ten.
witaj soboto, przeplatana czytaniem książek, lenistwem, wyszukiwaniem origami, ubrań, wypchana piciem kawy i robieniem tysiąca zdjęć bez sensu przyjaciołom. graniem na gitarze tych wszystkich magicznych piosenek z mojego śpiewnika, a słuchaniem welcome home. zamykaniem oczu, marzeniem...
tak jakoś to wygląda. mój dzisiejszy świat. piątek, 15 czerwca 2012
katolickie stowarzyszenie młodych anarchistów.
Panda.
Zawsze było nas pięcioro.
Mizantrop.
Ja, Panda, Pieczara, Tytus i Rysiek.
Tytus.
Pięcioro wspaniałych. Pięć najróżniejszych osobowości, zebranych dzięki mnie.
Pieczara.
Tytus, zamknij mordę. Nasza "paczka", jak się zabawnie określa w książkach dla młodzieży z lat 90 była jak koktajl Mołotowa. Mieszanka wybuchowa z najrozmaitszych smaków świata.
Panda.
Jagna pojawiła się dopiero potem. Przyprowadziłam ją na jedno z naszych spotkań....
Rysiek.
... i nie potrafiłaś jej wtedy nazwać inaczej niż "święta Jagna".
Panda.
Ale Jagna ma w sobie coś z świętości...
Jagna.
Bynajmniej, patrząc przez pryzmat łamania dekalogu.
Tytus.
Co kogoś tutaj obchodzi Jagna, skoro wszyscy wiedzą, że głównym bohaterem jestem ja?...
Pieczara.
Tytus, bo Cię pierdolnę. Zamknij mordę, do cholery. Nie jesteś pępkiem świata.
Mizantrop.
Dzieci, spokojnie. Po prostu, kiedyś się spotykaliśmy.
Rysiek.
A wszystko dzięki temu, że przygarnąłeś nas na stopa w grudniu, kiedy zupełnie zamarzaliśmy.
Pieczara.
A to nie był przypadkiem luty, walentynki i ferie? Kiedy Tytus, paląc fajki, rysował sobie przedtem na nich serduszka różowym flamastrem, a nam wmawiał, że ktoś dziwnym trafem zrobił mu taki miły gest?
Tytus.
Kurwa, no pewnie, sam sobie malowałem.
Panda.
Ale taka prawda. Przecież to ja znalazłam różowy flamaster pośród Twoich rzeczy.
Rysiek.
A może zostawiła to jakaś fanka?
Pieczara.
Żeby jeszcze Tytus był sławny.
Tytus.
Kiedyś będę, a wtedy Cię nie poznam.
Pieczara.
Nie oczekuję Twojej łaski.
Mizantrop.
Ogarnijcie się! To nie czas na Wasze kłótnie, które i tak są bez sensu, tylko mieliśmy mówić o tym, jak się poznaliśmy.
Jagna.
I o tym, jak zaczęliśmy się spotykać....
Tytus.
... Robić melanże na sto osób w dwupokojowym mieszkanku Miziego...
Mizantrop.
Prosiłem Cię, abyś tak tego nie skracał. Której części komunikatu "wkurwia mnie, jak mówisz do mnie Mizi" nie rozumiesz?
Panda.
Mieliśmy opowiedzieć, jak to się stało, że z kilku tak barwnych osobowości powstało KSMA.
Pieczara.
KSMA? Nie brzmi mi ten skrót.
Panda.
Katolickie Stowarzyszenie Młodych Anarchistów.
Jagna.
Prawie jak swego rodzaju sekta...
Mizantrop.
Mówiłem już Wam, że ta nazwa jest oksymoronem tak, jak cały pomysł z Tym stowarzyszeniem?
Zawsze było nas pięcioro.
Mizantrop.
Ja, Panda, Pieczara, Tytus i Rysiek.
Tytus.
Pięcioro wspaniałych. Pięć najróżniejszych osobowości, zebranych dzięki mnie.
Pieczara.
Tytus, zamknij mordę. Nasza "paczka", jak się zabawnie określa w książkach dla młodzieży z lat 90 była jak koktajl Mołotowa. Mieszanka wybuchowa z najrozmaitszych smaków świata.
Panda.
Jagna pojawiła się dopiero potem. Przyprowadziłam ją na jedno z naszych spotkań....
Rysiek.
... i nie potrafiłaś jej wtedy nazwać inaczej niż "święta Jagna".
Panda.
Ale Jagna ma w sobie coś z świętości...
Jagna.
Bynajmniej, patrząc przez pryzmat łamania dekalogu.
Tytus.
Co kogoś tutaj obchodzi Jagna, skoro wszyscy wiedzą, że głównym bohaterem jestem ja?...
Pieczara.
Tytus, bo Cię pierdolnę. Zamknij mordę, do cholery. Nie jesteś pępkiem świata.
Mizantrop.
Dzieci, spokojnie. Po prostu, kiedyś się spotykaliśmy.
Rysiek.
A wszystko dzięki temu, że przygarnąłeś nas na stopa w grudniu, kiedy zupełnie zamarzaliśmy.
Pieczara.
A to nie był przypadkiem luty, walentynki i ferie? Kiedy Tytus, paląc fajki, rysował sobie przedtem na nich serduszka różowym flamastrem, a nam wmawiał, że ktoś dziwnym trafem zrobił mu taki miły gest?
Tytus.
Kurwa, no pewnie, sam sobie malowałem.
Panda.
Ale taka prawda. Przecież to ja znalazłam różowy flamaster pośród Twoich rzeczy.
Rysiek.
A może zostawiła to jakaś fanka?
Pieczara.
Żeby jeszcze Tytus był sławny.
Tytus.
Kiedyś będę, a wtedy Cię nie poznam.
Pieczara.
Nie oczekuję Twojej łaski.
Mizantrop.
Ogarnijcie się! To nie czas na Wasze kłótnie, które i tak są bez sensu, tylko mieliśmy mówić o tym, jak się poznaliśmy.
Jagna.
I o tym, jak zaczęliśmy się spotykać....
Tytus.
... Robić melanże na sto osób w dwupokojowym mieszkanku Miziego...
Mizantrop.
Prosiłem Cię, abyś tak tego nie skracał. Której części komunikatu "wkurwia mnie, jak mówisz do mnie Mizi" nie rozumiesz?
Panda.
Mieliśmy opowiedzieć, jak to się stało, że z kilku tak barwnych osobowości powstało KSMA.
Pieczara.
KSMA? Nie brzmi mi ten skrót.
Panda.
Katolickie Stowarzyszenie Młodych Anarchistów.
Jagna.
Prawie jak swego rodzaju sekta...
Mizantrop.
Mówiłem już Wam, że ta nazwa jest oksymoronem tak, jak cały pomysł z Tym stowarzyszeniem?
wtorek, 12 czerwca 2012
porozmawiajmy.
tak bardzo lubię się nad Tobą znęcać, kiedy ja już rozbudzona, a Ty uparcie śpisz <3.
misiu kolorowy.
zastanawiam się właśnie, co mogłabym tutaj napisać. za jakieś pięć godzin minie magiczne dziesięć miesięcy, jakiś koniec czegoś, początek czegoś nowszego. minął kolejny miesiąc przeplatany łzami, uśmiechem, skakaniem, spaniem w swoich ramionach, całowaniem, gadaniem, kłótniami, strojeniem głupich min, zazdrością, paranoją, marudzeniem, śpiewaniem, graniem, odchodzeniem, podchodzeniem, przytulaniem, obrażaniem się, gryzieniem w ucho, graniem na gitarze, śpiewaniem, wygłupianiem się...
minął kolejny miesiąc, w którym ze mną wytrzymujesz i chwała Ci za to. ja sama ze sobą bym nie wytrzymała, nie dałabym rady ciągle powtarzać jak na zdartej płycie "kochanie, porozmawiajmy".
dziękuję po raz kolejny.
ps. Ty też zauważyłeś, że przede wszystkim tutaj się zwracam do Ciebie?
ps. Ty też zauważyłeś, że przede wszystkim tutaj się zwracam do Ciebie?
poniedziałek, 28 maja 2012
b.
- czyżbyś już mnie nie kochał? - spytałam Pana Królika posępnie.
nie mogę powiedzieć, że się tego nie spodziewałam. to podchodziło do mnie, nie raz, nie dwa, zazwyczaj przed snem. ukazywało mi się w koszmarach, jakoby Pan Królik miał mnie zostawić samą ze swoim losem i już nigdy więcej nie podać mi swej króliczej łapy.
- czyżbyś oszalała? - odpowiedział na to Pan Królik. - moje życie jest zbyt krótkie, żeby nauczyć się kochać kogoś innego.
niedziela, 27 maja 2012
xxy.
tylko załamać ręce i płakać. nad sobą. a może nie tyle nad sobą, co nad tym, co robi ze mną świat? właściwie, masz szansę, możesz wyciągnąć rękę, ale nie chcesz i się boisz.
bój się dalej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



