sobota, 12 listopada 2011

bądź urocza dla swoich wrogów - nic ich bardziej nie złości.
~ carl orff.

z dedykacją
od i.a.s.k.

piątek, 11 listopada 2011

+

od dwóch - trzech minut trwa nowy dzień.
please, make it wonderful.

s.

coraz bliżej święta.

w głowie pogrywa mi ta sama melodia. melodia, którą kiedyś, a właściwie bardzo niedawno nuciłam z jedną z tych dziewczyn, które pośród 32 innych da się rozmawiać. potem, na języku polskim, zaczęłyśmy wykonywać papierowe choinki, prezenty, kominki...
chce mi się świąt. okrutnie. chce mi się śniegu, choć go nienawidzę, ale przez jakiś miesiąc mógłby się pojawić. potem już sobie pójść i ustąpić miejsca wiośnie. mojej kochanej wiośnie, jedynej, kwitnącej.
chce mi się tego unoszącego się po domu zapachu piernika, wypchanych ponad możliwości lodówek z najróżniejszymi sałatkami czy innymi daniami. chce mi się ryby i ćwikły, dzielenia opłatkiem. chce mi się fajerwerków chce mi się widzieć w oczach moich bliskich szczęście...

święty mikołaju.
w tym roku pod choinkę poproszę... o jeden cud. 

wtorek, 1 listopada 2011

dni zlatują mi na malowaniu paznokci (ostatnio na miętowo), sprzątaniu w pokoju (a właściwie zaczynaniu i niekończeniu), czytaniu kolejnych miliardów zadrukowanych konstelacjami zdań stron, ciągłym repostowaniu najpiękniejszych rzeczy z soupa i popijaniu tego wszystkiego gorzką miętą pieprzową. pomiędzy tym wszystkim wylewają się urocze kłótnie o zwierzynę w Naszym domu, o kota, psa, rybki, misia pandę i króliczka, lekkie słówka, otrzymywane z samego rana sms'y, w których życzymy sobie miłego dnia.
do tego, wolny czas spędzam jeszcze na kompletowaniu mojej listy książek do przeczytania bądź zakupienia.
a weekend? a weekend, spędziłam oblewana sztuczną krwią, leżąc pod zlewem z podciętymi żyłami i płacząc nad utratą ukochanego bądź najzwyczajniej w świecie, mdlejąc z efektownym upadkiem na materac.


good evening, november. be good guy.


ps.
zaczynam się zastanawiać, dlaczego moje wpisy na blogu wydają się coraz bardziej kretyńskie niż zwykle.

sobota, 22 października 2011

teatime.


" Ludzie sypiają ze sobą, nic ekscytującego. Zdjąć przed kimś ubrania i położyć się na kimś, pod kimś lub obok kogoś to żaden wyczyn, żadna przygoda. Przygoda następuje później, jeśli zdejmiesz przed kimś skórę i mięśnie i ktoś zobaczy twój słaby punkt, żarzącą się w środku małą lampkę, latareczkę na wysokości splotu słonecznego, kryptonit, weźmie go w palce, ostrożnie, jak perłę, i zrobi z nim coś głupiego, włoży do ust, połknie, podrzuci do góry, zgubi. I potem, dużo później zostaniesz sam, z dziurą jak po kuli, i możesz wlać w tą dziurę dużo, bardzo dużo mnóstwo cudzych ciał, substancji i głosów, ale nie wypełnisz, nie zamkniesz, nie zabetonujesz, nie ma chuja."


- J. Żulczyk. "Ślepnąć od świateł"




fot. Karolina Jeleńska.

piątek, 21 października 2011

drz

dzieje się coś dziwnego. jadąc autobusem, w głowie mam naprawdę dziwne rzeczy... aż szkoda, że nigdy się już nie spełnią, w tle trójkąta bermudzkiego, naszego Tam.

but sometimes i still need you.

czwartek, 20 października 2011

aha.


Ruda stała przed oknem i powoli piła herbatę.
Był to jesienny, smętny dzień. Dzień, w którym bezmyślnie pozwoliła sobie na taką sytuację. Zamknęła oczy, dotykając delikatnie powiek opuszkami palców. Naiwna. To określenie na pewno pasowałoby tutaj najlepiej.
Tak więc, Ruda była naiwna.
Odstawiła kubek na parapet i sięgnęła po swój telefon. Miała jedną nieodczytaną wiadomość. Nie miała ochoty jej czytać. Wiedziała, co w niej znajdzie. Wiedziała, od kogo przyszła. Kilkoma ruchami palców beznamiętnie ją usunęła i odrzuciła telefon na fotel. Po chwili ponownie chwyciła w prawą dłoń kubek i wzięła zeń niewielkiego łyka. Potem dwa duże. Ilekroć naczynie zbliżało się do jej ust, przymykała oczy. Przyzwyczajenie.
A potem jej uwagę zwróciło zdjęcie, leżące samotnie na parapecie. Przedstawiało pięć osób. Rudą we własnej osobie i czterech chłopaków. Trzech z nich trzymało w rękach gitary, a ostatni pałeczki od perkusji. Paradise. Uśmiechnęła się kpiąco, patrząc, jak dłoń jednego z gitarzystów zatrzymała się na jej biodrze.
A więc to tak kończy się ta historia – przemknęło jej przez głowę.

środa, 12 października 2011

brak pomysłów na bycie.


                Usłała sobie życie z kolorowych pomysłów. Gorzkich zaprzeczeń słodkich słów. Nazwała swój świat pięknym, zakrywając brzydotę nawałem epitetów. 
                Jego głos jest jak wibracja, niesie się po starym korytarzu, odbity od ścian. Przeżarty wszystkimi wypitymi butelkami alkoholu. Przepalony paczkami czerwonych L&M’ów.
                I właśnie wciska tego papierosa pomiędzy wargi i wygląda tak niesamowicie. Anioł, zachwycający wysłannik szatana. Szczupłymi palcami wyciąga zapalniczkę z kieszeni dżinsów, by zaraz odpalić szluga, wciągnąć w płuca ten zabawnie szczypiący dym.
                Jagna była niczym zahipnotyzowana. 

niedziela, 9 października 2011

qrz.

jest mi zimno. to przede wszystkim. siedzę więc w fotelu, wrzucam do pokoju grzejnik i sobie nagrzewam pokój. a łapcie ogrzewam o ściany kubków z kolejnymi waniliowymi herbatami.
mija życie. mija mi słodko moje cudownie kolorowe życie. mój autorski absurd złożony z wieczorów z muzyką i książkami. połykam je jak kolorowe tabletki, które mają zwiększyć moją odporność.
ostatnio przeczytałam trucicielkę e.e. schmitta. ostatnio, to jakieś dwa dni temu. przeczytałam ją szybko tak, jak się zjada ulubione ciastko. teraz czuję się bogatsza o kilka wyrażeń, o kilka zwrotów. o kilka historii ludzi, którzy naprawdę istnieją. może nie pod tymi nazwiskami, którymi posługiwał się autor... ale w ogóle gdzieś istnieją.
dzisiaj się biorę za tworzenie. za wylanie wszystkich moich pomysłów na kartkę papieru.

ps. znowu zaczęłam pisać pamiętnik.
ps2. coraz większe głupoty znajdują się na moim aborolabis. to przerażające.

i. a. s. k.


poniedziałek, 3 października 2011

frz.

miałam posprzątać, jak wrócę ze szkoły. tymczasem, 19:35...
dziś płakałam w autobusie. dziwnie. 

sweet child o'mine.

niedziela, 2 października 2011

iask.

izabela anna sancja k. jest wolna.
izabela anna sancja k. jest wolna.
izabela anna sancja k. jest wolna.
izabela anna sancja k. jest wolna.
izabela anna sancja k. jest wolna.
izabela anna sancja k. jest wolna.
izabela anna sancja k. jest wolna.

kurwa mać.

wrz.



a więc dzień spływa mi na słuchaniu guns'n'roses, w przemieszaniu z obecnymi utworami slasha, popijaniu waniliowej herbaty bądź ukochanego coratado oraz na przerzucaniu prania z kosza na bieliznę do pralki, a z pralki do suszarki, a z suszarki do drugiego kosza na czyste rzeczy. 

pomalowałam paznokcie, znowu na szaro, ale niechaj będzie.
sweet child o'mine.

ka nadal się nie odzywa.

czwartek, 29 września 2011

lrz.

nic nie ma sensu.
pamiętasz? to rzekomo brzmi przerażająco. kiedy powtarzasz to w kółko ze smutnym uśmiechem. bo taka prawda.
jestem jędzą. jestem okropną egoistką, wiesz? nauczyli mnie tego inni ludzie, ludzie, o których staram się zapomnieć, jak najszybciej, jak najefektywniej. zaczęłam od blokowania ich na facebooku. muszę jeszcze znaleźć sposób na numery gadu-gadu. mogą mi się przydać, ale nie chcę widzieć już ".. jest dostępny/a".

zmieniłam numer telefonu, wiesz?

muszę coś zrobić z moimi włosami. dziś napuszczę sobie wody do wanny, siedzę w niej półgodziny z kubkiem kawy. może coś wymyślę.

niedziela, 25 września 2011

jrz.

brakuje mi dzwoniącego telefonu "hej, masz piętnaście minut, za piętnaście minut jestem u Ciebie i porywam Cię Tam."
albo najzwyczajniejszego w świecie "chodź".

kurwa, może właściwie brakuje mi z-w-i-ą-z-k-u, a nie zabawy w miłość?

autumn.

spójrzmy na to tak.
na sam początek potrzebuję herbaty. jednak, żeby dotrzeć do kuchni i wykonać serię skomplikowanych gestów, takich jak zagotowanie wody magicznym guziczkiem, wyszukanie pudełka z zieloną, i wybranie kubka, muszę znaleźć skarpety. te moje szare i grube, których w przyszłości będę miała całą szufladę. na chłodne, zimowe wieczory.
mmm. bardzo lubię to uczucie, gdy parząca jeszcze herbata przepływa przez moje gardło, rozgrzewając mój organizm. niezwykle przyjemne uczucie. 
lato odeszło. odeszło, a ja żegnając się z nim, byłam gotowa na przybycie jesieni. tej pięknej, prawdziwej, która maluje farbkami liście, a wiatrem oczyszcza chodniki. i naprawdę tęskniłam za tymi wieczorami przy świeczkach, z otwartym oknem i tym przyjemnym, chłodnym powietrzem, łaskoczącym moje płuca. 
mam nadzieję, że niedługo nadarzy mi się okazja, żebyśmy położyli się gdzieś, na tym płaszczu z tęczowych liści z gitarą i kubkami z gorącą herbatą. i żebyśmy zapomnieli o świecie. kolejny raz.

" wystarczysz Ty. 

niedziela, 18 września 2011

nie-dziel(n)a.


nie zasypiaj, hej. albo zaśnij, zaśnij, zamknij oczy, śnij, śnij. zanurz się, potem wynurz, obudź się. potem spójrz, spójrz, jaki piękny jest ten świat. potem chodź, chodź i podziwiaj, i podziwiaj słońca wschód, niebo w pomarańczach. i wyszepczę Ci, i wyszepczę, że to Ty, Ciebie chcę.

mój mózg, where is my mind.
leniwa niedzielna niedziela. niedziela to dzień, którego głównie się nie pamięta. leniwa niedziela na zebranie sił... do stania w przepełnionych autobusach, do uśmiechów, wysyłanych ukradkiem na drugi koniec sali, w której aktualnie macie język polski. po to są niedziele. polegają na odpoczynku, rozważeniu kilku spraw. napiszę dziś na kolorowej kartce listę postanowień.

a w słuchawkach pomiędzy brodką i kumką olik - the xx. muzyka do kochania, się kochania.


hello, hello, remember me? 

sobota, 17 września 2011


jazda autobusem chyba negatywnie na mnie wpływa. zwłaszcza codzienna. za dużo czasu na rozmyślania. dzisiaj na przykład, mój kochany móżdżek rozprawiał sobie z ochotą, co by to było, gdybym została lesbijką. ba, wręcz zaczynałam wyobrażać sobie, co i jak, a wszystko pewnie przez ten cytat. trochę to śmieszne, jakbym była jakimś poszukiwaczem odpowiedniej dawki miłości, kto mi ją da. niby nigdy nie czułam pociągu do dziewczyn, ale przez joaśkę, która nawiedza mnie w snach z jagną i łucją - coraz bardziej. (joaśka, jagna i łucja to trzy podstawowe postaci mojej nowej powieści, której fabuła powstała na bardzo nudnym środowym polskim, nie żebym była jakaś niespełnarozumu).
dni spływają po mnie jak woda pod prysznicem. szybko. magicznie.
ale przede wszystkim, dziś podjęłam decyzję. jedną z wielu, wielu, które jeszcze podejmę, ale na dzień dzisiejszy to dla mnie bardzo wielki i ważny krok. przede wszystkim, zacznę wcześniej wstawać i chodzić spać - na dobry początek. i wychodzić na wschód słońca.

i znowu mam ten natłok marzeń, znowu o podobnym wydźwięku, znowu, których tutaj jest z miliard. to źle na mnie działa. doprawdy, muszę zaprzestać.

naszkicuje mi ktoś sida? 

niedziela, 11 września 2011

prz.









jesteśmy tak zajebiście słitu.
palimy papierosy, zaciągając się dymem w kształcie waty cukrowej. uśmiechamy się, tańczymy i skaczemy. rozmawiamy o bzdurach, poprawiając sobie humor. robimy na złość ludziom, których kiedyś nazywaliśmy swoimi przyjaciółmi...
siadamy na ławce.

a wiesz, co chcę?
chcę pocałunków w deszczu bez przejmowania się o zmoknięcie. chcę słodkich zdań, dotyku z przyjemnymi ciarkami. chcę być dzieckiem, dla Ciebie dzieckiem, nieodpowiedzialną dziewczynką. żebyś łapał mnie, gdy będę upadać, specjalnie, na złość. żebyś budził mnie "dzieńdobry". i całował po nosie...

chcę po prostu mieć Cię blisko.

sobota, 10 września 2011

trz.

to był dobry dzień. opleciony sokiem z ziarenek czosnku. ozdobiony kwiatem kwitnącej śliwki. to był jeden z tych dni, kiedy chce się umierać, kiedy można pisać o tym książki.
to był dzień, w którym zostałam komendantką i prezydentem. a Ty rolnikiem i posiadaczem kozy z rogiem na czole. to był dzień przesiąknięty śmiechem i ogólnym dowcipem. to był dzień, w którym chciało się coś stworzyć...
nieważne co.
świetnie się bawimy.

poniedziałek, 5 września 2011

ab o ro la bis.

wcale nie ma o Tobie w każdym poście.
a nawet jeśli, to Ci się to chwali.
znowu zajmujesz jakieś miejsce w moim życiu.