poniedziałek, 21 marca 2011

w taką noc...

ciche stukanie w drzwi, łomot, pisk w uszach. na oczy wychodzą mrówki, rozmazują obraz, pisk w głowie staje się nie do zniesienia, więc siadasz na podłodze, łapiesz się za uszy, zaczynasz klaskać, robić wszystko, żeby przerwać piski. zasłabnięcie. tak to się chyba nazywa, bo zaraz tracisz siły...
...daj mi chwilę...
a w tym samym czasie, mogłabym właśnie być w lunaparku z chłopakiem, który będzie się starał zrobić wszystko, żebym przestała tak myśleć. który będzie robił, nie myślał, mówił, pisał. który będzie budził mnie rano i wieczorem swym uśmiechem, podawał kubki z kolejnymi kawami. spokojnie znosił moje pmsy, zmieniając tok myślenia.
izabela, izabela, witaj w świecie urodzonych samobójców, skoczków z krawężnika, ćpunów cukru i podcinaczami żył linijką. witaj w świecie sztucznych tamponów, krwi, smakującej jak miód.

niedziela, 20 marca 2011

hi darling.

witaj kochanie, herbaty? usiądź wygodnie, rozgość się, a ja polecę i zrobię... tak jak zawsze łyżeczkę cukru? skąd go mam? mama była rano i przywiozła. tak, musiała ze mną porozmawiać. niestety, znowu chodziło o moją siostrę. no wiesz, jest o krok od wyrzucenia ze szkoły... nie, no, nie będę Cię zamęczać, poczekaj, pójdę po tą herbatę, nie, nie trzeba mi pomagać, naprawdę, dam sobie radę, to przecież nic takiego...

skurwiłaś pięknie sobie dzień. skurwiaj bardziej. witaj magiczna niedzielo, witaj toaleto i witajcie łzy zaschnięte na policzkach. witaj odpoczynku w imię Twojego Boga. witajcie koszmary, tragiczna pielgrzymko, witajcie groby i trupy moich przyjaciół.
witaj evanescence, witaj jeszcze jedno.
marzenia, marzenia.
kiedy chciałaś, żeby wszystko było puchowe, różowe, żeby wróciło lato, żebyś paliła fajki oparta o balkon, słuchała wyznań przed wschodzącym słońcem, żebyś piła hektolitry Jacka Danielsa, żebyś leżała łagodnie w trawie i oddychała promykami spadającego na piegi słońca.
chciałaś, żeby trawa już była zielona, żeby drzewa kwitły tymi białymi sukienkami, żeby pić o świcie latte macchiato w porcelanowych filiżankach.
kiedyś.
kiedyś to znaczy dwie, trzy godziny temu.